Michał P. Heller - Studia Matematyczno-Przyrodnicze

Prof. Michał P. Heller | Uniwersytet Gandawski

Michał P. Heller
Prof. Michał P. Heller mówi o fizyce z niegasnącą ciekawością – taką samą, z jaką jako nastolatek pochłaniał książki popularnonaukowe i rozwiązywał kolejne problemy.
Studiował fizykę w ramach Studiów Matematyczno-Przyrodniczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecnie prowadzi badania z zakresu fizyki teoretycznej, zajmując się m.in. mechaniką relatywistycznych płynów, czarnymi dziurami i teorią informacji kwantowej.

Okres studiów wspomina jako czas pierwszych doświadczeń badawczych. Zachęca studentów, by szukali własnej drogi, nie bali się eksperymentować i czerpali z nauki przede wszystkim radość.

Jakie jest Pana najlepsze wspomnienie z okresu studiów na Uniwersytecie?

Moje najlepsze wspomnienia z Uniwersytetu są związane z badaniami naukowymi. Byłem studentem SMP i bardzo podobał mi się pomysł pracy rocznej. Prowadzenie badań naukowych w jej ramach sprawiało mi dużą przyjemność. Pamiętam szczególnie czwarty rok (kończyłem wtedy studia). Mniej więcej w tym czasie rozpocząłem współpracę z prof. Janikiem. Wtedy też zaczęła się moja prawdziwa przygoda naukowa, bo o ile prace roczne dotyczyły ciekawych problemów, jakoś nie byłem w stanie uczynić z nich czegoś publikowalnego, co byłoby skończonym wkładem w rozwój wiedzy. Z pracą magisterską było inaczej. To, co profesor zaproponował, okazało się bardzo ważnym w tamtym momencie tematem, a jego rozwijanie sprawiało mi dużą przyjemność, która rosła z czasem pomimo tego, że w tamtym momencie nie wiedziałem jeszcze, jak okaże się istotna.

Jakie były początki i etapy Pańskiego zamiłowania do nauki? Czy były na tej drodze jakieś przełomowe wydarzenia, które szczególnie Pan wspomina?

Od bardzo wczesnego dzieciństwa chciałem zajmować się nauką, choć w pewnym momencie, gdy miałem kilkanaście lat, ale nie byłem jeszcze w liceum, myślałem nad zostaniem lekarzem. Ważnym etapem była nauka w V LO w Krakowie, które zawsze miało bardzo silny program matematyczno-fizyczno-informatyczny (przynajmniej ten program poznałem). Tam bardzo wkręciłem się w fizykę. Muszę powiedzieć, że idąc do liceum, niekoniecznie znałem matematykę, przynajmniej tak, jak uczono jej u nas. Sposób prowadzenia lekcji był na początku trochę szokiem dla mnie, ale także dla wielu koleżanek i kolegów. Większość z nas, w tym ja, nie zdała chyba pierwszej klasówki (śmiech). W zasadzie mogę powiedzieć, że pierwszym kamieniem milowym w mojej edukacji były właśnie lekcje matematyki w V liceum z prof. Grucą, który uczył dokładnie tak, jak ja lubię uczyć fizyki. Mianowicie, że jest bardzo mało teorii – poświęcamy na nią, powiedzmy, kilkanaście minut lekcji, może nawet mniej – a następnie cała reszta zajęć jest przeznaczona na rozwiązywanie problemów. To podejście trochę w stylu swim or sink – człowiek po prostu musi się zmusić do rozwiązania tych problemów i wejść w odpowiedni tryb myślenia. Wtedy zaczyna robić postępy. Był to bardzo ważny moment w moim rozwoju intelektualnym, bo zetknąłem się z czymś, co w danym momencie przerastało moje możliwości i musiałem się bardzo mocno napracować, żeby wejść na poziom, który był ode mnie oczekiwany, a potem pójść jeszcze dalej.

Kolejnym ważnym etapem były starty w Olimpiadzie Fizycznej. Na początku nie szło mi specjalnie dobrze, ale też nigdy nie szło mi dobrze z rzeczami, do których musiałem się zmuszać i które nie do końca mnie interesowały. Na OF nigdy nie pociągała mnie część eksperymentalna, która też zawsze ciągnęła mnie w dół. Jednak koniec końców w IV klasie udało mi się zostać laureatem, bazując tylko na części teoretycznej, bo część doświadczalną totalnie zepsułem i dostałem za nią minimalną liczbę punktów (śmiech). Myślę, że gdyby oceniana była tylko część teoretyczna, zająłbym jakieś wysokie miejsce. Niestety oceniane były dwie, więc koniec końców zająłem chyba coś w okolicy trzynastego. Ta szczęśliwa trzynastka dała mi wstęp na studia bez egzaminu.

Chciałbym jeszcze nieco niechronologicznie dodać, że bardzo duży wpływ na mnie miała lektura książek popularnonaukowych. Gdy byłem dzieckiem, wydawnictwo Prószyński i S-ka wydawało serię „Na ścieżkach nauki”. Była bardzo przekrojowa, zajmowała się wieloma dziedzinami, w szczególności były tam rzeczy z fizyki. Pamiętam, że gdy miałem dwanaście czy jedenaście lat, przeczytałem taką książkę Boska cząstka Leona Ledermana, laureata Nagrody Nobla z fizyki eksperymentalnej cząstek, w której opisywał model standardowy cząstek w bardzo zajmujący sposób. W tamtym czasie nie wszystko z tej książki zrozumiałem, bo jednak byłem jeszcze dzieckiem, natomiast miała ona na mnie duży wpływ, ponieważ poczułem, że to jest coś dla mnie. Ostatecznie, kiedy przyszedłem na Uniwersytet, zrozumiałem, że fizyka cząstek jednak nie jest dla mnie (śmiech). Odnalazłem natomiast wielką radość w rozwiązywaniu problemów. Teraz także tym, co sprawia mi największą przyjemność w fizyce teoretycznej, jest właśnie rozwiązywanie problemów, niezależnie od tego, skąd one pochodzą.

Do prof. Janika, u którego koniec końców zrobiłem pracę magisterską i zostałem na doktorat, zaprowadziła mnie z kolei inna książka z tej serii, mianowicie Piękno wszechświata Briana Greena. Opowiada o teorii strun jako o teorii, która być może pozwoli wyjaśnić fizykę cząstek taką, jaką znamy. Wcześniej myślałem, że teoria cząstek to moje przeznaczenie, jednak wtedy zrozumiałem, że być może jest nim w rzeczywistości teoria strun. Niestety, chociaż co najmniej dwie osoby na Uniwersytecie zajmowały się wówczas tą tematyką, nie można jej było wybrać jako tematu pracy rocznej. W związku z tym początkowo mój wybór prac rocznych wynikał bardziej z jakichś wcześniejszych znajomości na Uniwersytecie lub kursów, w których uczestniczyłem. Natomiast koniec końców, kiedy zacząłem zajmować się rzeczami, które były związane z teorią strun, poczułem dodatkową motywację, ponieważ było to coś, co kiedyś chciałem robić. Dało mi to energię do intensywnej  pracy nad tymi zagadnieniami i kiedy rozpocząłem badania do pracy magisterskiej, potrafiłem siedzieć i pracować od rana do wieczora, a czasem nawet dłużej.

Z Pańskich odpowiedzi wynika, że ważnym etapem rozwoju naukowego było dla Pana pisanie pracy magisterskiej. Jakie było jej główne założenie?

W praktyce złożyło się tak, że nigdy nie zajmowałem się głęboką teorią strun, obecnie także tego nie robię, chociaż być może kiedyś będę. Natomiast moja praca magisterska używała technik, które wynikają z teorii strun i można ją tam na różne sposoby zobaczyć. To mi wystarczyło. Te artefakty teorii strun pozwalały mi się skupić na zagadnieniach, którymi się wtedy zajmowałem, mimo że one same bezpośrednio teorii strun nie dotyczyły. W jakimś stopniu dalej tak jest. Chociaż moja praca magisterska została napisana już około 17 lat temu, to dziedzina, do której należała, jest nadal częścią moich zainteresowań badawczych. Oczywiście w nieco innych odsłonach, jednak ciągle stanowi to, powiedzmy, jakieś 30% interesujących mnie rzeczy.

Czy zatem można by powiedzieć, że uprawia Pan podejście interdyscyplinarne w ramach samej fizyki?

Zdecydowanie. Jest to także związane ze sposobem, w jaki byliśmy uczeni tutaj fizyki. Mianowicie wiele spośród kursów, które dobieraliśmy, bazowało na dwóch seriach podręczników. Pierwszą tworzyły wykłady legendarnego amerykańskiego fizyka Richarda Feynmana. Składało się na nią pięć bardzo przekrojowych podręczników, dość początkujących, jednak napisanych przystępnym, heurystycznym, ale jednocześnie głębokim stylem. Bardzo mnie to inspirowało, zwłaszcza w liceum. Z kolei wiele przedmiotów z fizyki teoretycznej było opartych na podręcznikach napisanych pod patronatem radzieckiego naukowca Lwa Landaua. Jest to seria, jeśli dobrze pamiętam, około dziesięciu książek, napisanych na bardzo wysokim poziomie.  Te podręczniki także są przekrojowe, podobnie zresztą jak zainteresowania i dorobek naukowy samego Landaua. Tak więc ta interdyscyplinarność w ramach fizyki jest na Uniwersytecie bardzo silna.

Czy w ramach studiów międzywydziałowych korzystał Pan z możliwości doboru przedmiotów z innych dziedzin niż fizyka? Czy tego typu interdyscyplinarność też jakoś Panu pomogła?

Nie, w to nigdy nie wszedłem. Statusu studenta SMP używałem głównie, aby dobierać kursy z fizyki w niechronologicznym porządku. Na przykład na I roku wziąłem kursy z II i tak dalej. W związku z tym z kolei na III roku musiałem wziąć te kursy z I i II, których nie zrobiłem wcześniej, więc koniec końców powstał z tego jeden wielki miszmasz. Jednak ostatecznie całe studia sprawiły mi dość dużą przyjemność, więc naprawdę nie żałuję, że skończyłem SMP. Byłem z tego zadowolony.

Czym zajmuje się Pan w tym momencie? Czy mógłby Pan w jakiś sposób przybliżyć swoją pracę?

Kilkoma rzeczami. Pierwsza grupa problemów, która de facto wyniknęła z mojej pracy magisterskiej, to próba zrozumienia, w jaki sposób można na najbardziej fundamentalnym poziomie wyjaśnić mechanikę płynów. Są pewne dodatkowe kwantyfikatory, to znaczy nie zajmuję się mechaniką płynów takich jak na przykład woda, ale mechaniką płynów, których mikroskopowe składniki mogą rozwinąć bardzo duże prędkości, porównywalne z prędkością światła. Jest to tematyka kluczowa dla zrozumienia wyniku zderzeń ciężkich jonów w akceleratorach RHIC i LHC. Moja praca polega na próbie głębszego zrozumienia, czym ta mechanika płynów właściwie jest. Poświęcam na to jakieś 30% swojego czasu, schodząc na coraz głębszy poziom. Bardzo wciągnęła mnie ta tematyka i jakoś nie mogę jej puścić, bo wydaje mi się, że ciągle jeszcze nie doszliśmy tam, gdzie chciałbym, żebyśmy w kontekście ludzkiej wiedzy się znaleźli.

Kolejna rzecz, która w jakiś sposób z tego wynika, ale jest de facto niezależnym działem badawczym, to kwestia termalizacji w układach wielu cząstek. Chodzi o wytłumaczenie, jak to się dzieje, że startując z jakiegoś bardzo wzbudzonego stanu, po jakimś czasie (przynajmniej w niektórych przypadkach) widzimy, że układ bardzo efektywnie traci informację o tym, gdzie zaczął. Taki układ można, w bardzo dobrym przybliżeniu, opisać tylko za pomocą kilku parametrów, takich jak temperatura, prędkość, ciśnienie czy inne tego typu wielkości. Nie są to wielkości mikroskopowe, wprawdzie wynikają z mikroskopowego opisu, ale same w sobie mikroskopowe nie są. Zagadnienie termalizacji układu wielu cząstek wyniknęło z moich zainteresowań hydrodynamiką, ponieważ pojawia się ona jako taki „ogon” w opisie układu, w momencie, gdy zmierza on już do lokalnej równowagi termodynamicznej. Jednak wcześniej, zanim to się zacznie, mogą się dziać różne inne rzeczy. Tym, co mnie interesuje, jest odpowiedź na pytanie: co dokładnie się wtedy dzieje? Okazuje się, że pomimo iż to, co dzieje się dla tych bardzo wczesnych czasów, nie jest hydrodynamiczne, można użyć wielu paraleli z mechaniką relatywistycznych płynów. Ta interdyscyplinarność między mechaniką płynów a zachowaniem układu dla wczesnych czasów, próba przejęcia niektórych pojęć i wyjaśnienia zjawisk jest czymś, co sprawia mi wielką frajdę. Wpisuje się to w bliską mi „landauowską” wizję fizyki, w której stosuje się bardzo szerokie, całościowe spojrzenie na problem. Jest to kolejne 30% mojej działalności.

Następne 30% wiąże się z nieco innymi zagadnieniami, dotyczącymi czarnych dziur. To też nie wzięło się z próżni, ponieważ, jak przekonaliśmy się w ramach rozwoju dyscypliny, w której brałem udział jeszcze jako magistrant i doktorant, czarne dziury odgrywają fundamentalną rolę w alternatywnym sformułowaniu opisu mechaniki płynów relatywistycznych, w kontekście teorii strun. Czarne dziury same w sobie są niesamowicie ciekawymi obiektami, zarówno astrofizycznymi, jak i teoretycznymi. Tym, co niesłychanie mnie interesuje, jest próba zrozumienia fundamentalnych aspektów fizyki czarnej dziury. Na przykład takich, czy wnętrze czarnej dziury, tak jak je rozumiemy w języku ogólnej teorii względności, rzeczywiście istnieje czy też nie. Albo co obserwowałby astronauta, który próbowałby wlecieć do czarnej dziury. Tego typu pytania są dla mnie bardzo interesujące i także sprawiają mi dużo frajdy. Co ciekawe, w kontekście ostatnich piętnastu, dwudziestu lat zrozumiano, że różne pojęcia i techniki, które wykorzystuje się, żeby zrozumieć, jak mechanika kwantowa przetwarza informacje i jak działają komputery kwantowe, wydają się mieć fundamentalne znaczenie w opisie czarnych dziur. Tak więc ostatnie 30% mojej działalności dotyczy prób wykorzystania metod z kwantowej teorii informacji i bliskich jej dziedzin do zrozumienia tego, jak działają czarne dziury.

Pozostałe 10% to są różne rzeczy, które w danej chwili mnie ciekawią. Czasami coś z tego wynika, czasami nie, przede wszystkim zajmuję się zagadnieniami należącymi do opisanych wcześniej 90%. Oczywiście mam nadzieję, że w przyszłości dojdą do tego jakieś kolejne aspekty fizyki teoretycznej, ale jeszcze nie wiem, co to będzie.

Czy mógłby Pan rozwinąć temat tego, w jaki sposób łączą się ze sobą zagadnienia, o których Pan opowiadał?

Sama idea jest bardzo głęboka. Istniała w nauce prawdopodobnie od mniej więcej lat 70. XX wieku, ale została precyzyjnie sformułowana dopiero pod koniec lat 90. Opiera się na tym, że istnieją czarne dziury, nie takie, jakie znamy w naszym wszechświecie, ale o własnościach, które pozwalają definiować je jako obiekty tej samej klasy. W rozwoju fizyki bardzo ważną rolę odgrywają tak zwane dualności. Dualność, jak sama nazwa wskazuje, jest to właściwość taka, że dany układ ma alternatywny opis, który może mieć bardzo mało wspólnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka, z danym układem. Jednak tak naprawdę istnieje precyzyjne mapowanie między tymi dwoma opisami, tak więc koniec końców dotyczą one tej samej rzeczy. Nie jest to koncepcja obca fizyce, takie dualności można wyśledzić nawet w mechanice klasycznej, gdzie istnieje np. opis w języku lagrangianów lub hamiltonianów. Między tymi opisami można przechodzić, używać jednego lub drugiego. Tam jest to dość oczywiste, może niekoniecznie od razu, ale jednak jest to coś, czego uczeni są studenci na I czy II roku fizyki. Natomiast są dualności, które są o wiele bardziej wysublimowane. Jedna z nich mówi, że istnieją rozwiązania czarnodziurowe, które są dualne, to znaczy w nieoczywisty sposób są wyrazami tej samej fizyki, co pewne ciecze czy płyny. To zjawisko określa się po angielsku jako fluid gravity duality. Schodzi to później na jeszcze głębszy poziom, który mówi, że tak naprawdę całe wszechświaty, w których znajdują się te czarne dziury, wraz właściwie ze wszystkim, co się w nich znajduje, w ramach teorii strun są tak naprawdę grawitacyjnymi przejawami pewnych zjawisk w kwantowych teoriach pola. Przypominają one bardzo te kwantowe teorie pola, które opisują model standardowy fizyki cząstek. Jest to zatem być może najbardziej radykalne i najgłębsze odkrycie fizyki teoretycznej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Nazywa się korespondencją AdS/CFT. Tutaj pojawia się ten związek z teorią strun, o którym mówiłem. W momencie, gdy rozpoczynałem swoją przygodę z nauką, jedyną osobą, która zajmowała się tym na Uniwersytecie Jagiellońskim, był prof. Janik. Jak już wspominałem, to był właściwie początek mojej drogi naukowej.

Jakie wyzwania stają przed Panem w pracy naukowej?

Nie myślę o własnej pracy naukowej w kategoriach wyzwań, a raczej pytania, co w danej chwili mogę zrobić najciekawszego, dysponując posiadaną w tym momencie wiedzą, a równocześnie ze świadomością, że jest mnóstwo innych rzeczy, o których nie wiem. To intelektualne poszukiwanie można rozumieć jako takie codzienne wyzwanie, z którym borykam się na każdym kroku.

Nigdy (choć być może kiedyś się to zmieni) nie myślałem o swojej pracy jako o próbie rozwiązania jakiegoś jednego, wielkiego problemu i skupieniu całej swojej uwagi na nim. Mój sposób myślenia zakłada raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, co ja mogę dać fizyce teoretycznej i w jaki najlepszy sposób mógłbym w tym celu użyć czasu, który mam do swojej dyspozycji.

Oczywiście są także wyzwania innego typu. Na przykład mam teraz wspaniały, kilkuosobowy zespół. Chodzi mi przede wszystkim o doktorów i doktorantów pracujących w mojej grupie. Chciałbym sprawić, żeby ci, którzy są dopiero na początku drogi, rozwinęli skrzydła i stali się samodzielnymi naukowcami, w pełni realizującymi swój talent, zaś ci, którzy są już dalej na tej ścieżce, mogli pójść dwa, trzy, cztery kroki wyżej. Jest to moje codzienne wyzwanie, jednak nie odbieram go jako czegoś specjalnie stresującego, ponieważ mentoring i praca z ludźmi sprawiają mi bardzo dużą przyjemność.

Jak odnajduje się Pan w miejscu, w którym Pan obecnie pracuje?

Już w trakcie studiów moja nauka była bardzo międzynarodowa. Na swoją pierwszą zagraniczną konferencję naukową pojechałem jeszcze podczas magisterki, w zastępstwie za mojego promotora, który akurat nie mógł tam pojechać. Uświadomiło mi to, że świat stoi otworem, jeśli tylko się tego chce. Podczas doktoratu bardzo dużo podróżowałem, nawiązałem liczne kontakty i współprace. Przez to zawsze byłem w jakimś sensie zdelokalizowany. Chcę też przez to powiedzieć, że dla mnie nauka zawsze była czymś międzynarodowym. Nie myślałem o niej jako o nauce polskiej, belgijskiej czy jeszcze jakiejś innej. Obecnie mieszkam w Belgii, jednak nadal uważam, że nauka jest „światowa”. Można robić ją z Polski, ale także z jakiegokolwiek innego miejsca. W swojej karierze naukowej byłem dość mobilny. Mieszkałem w Holandii, Kanadzie i Niemczech, teraz mieszkam w Belgii. Przywykłem do zmian miejsca zamieszkania i otoczenia, sprawia mi to przyjemność i cieszę się, że w ramach swojej pracy mogę to robić. Było to dla mnie zawsze inspirujące. Niezależnie od tego, gdzie jestem, staram się identyfikować w tym miejscu rzeczy, które są dla mnie jego wielkimi zaletami. Na przykład w Belgii (abstrahując od tego, że po prostu lubię swoją pracę) dużym plusem jest to, że jest bardzo blisko Anglii, Francji i Niemiec, które lubię i po których lubię podróżować. W Niemczech zaletą było to, że mieszkałem w aglomeracji berlińskiej, a Berlin to miasto, które bardzo kocham. Kanada z kolei była bardzo międzynarodowa. Spotkałem tam ludzi z miejsc, w których mieszkałem wcześniej, w związku z czym mieliśmy tam wielu przyjaciół, z którymi dalej utrzymujemy kontakt.  Natomiast w Holandii czerpaliśmy wielką przyjemność z chodzenia na wspaniałe wystawy i koncerty oraz z tego, że jest tam bardzo multikulturowo.

Jaka jest Pańska definicja sukcesu?

Myślę, że jest nią takie uczucie, że choć na pewno są rzeczy, które mógłbym zrobić inaczej i tak dalej, to jednak to, co zrobiłem, było warte czasu, który na to przeznaczyłem. W kontekście naukowym nie o wszystkich pracach, które napisałem, mogę powiedzieć, że były warte spędzonego nad nimi czasu. Są jednak prace, które uważam za perełki i z których jestem bardzo dumny. Niekoniecznie są to publikacje, które miały wielki wpływ na rozwój dziedziny, przynajmniej patrząc na liczbę cytowań, ale widzę w nich coś, co mnie cieszy, choć nie do końca potrafię dobrze ująć to w słowa (śmiech).

Czy ma Pan jakieś rady dla studentów wkraczających dopiero w świat naukowy? Na czym tacy studenci powinni się skupiać?

Na pewno nie na karierze. Z wielu przyczyn. Myślę, że bardzo ważne, a być może najważniejsze, jest to, żeby mieć z tego radość. Praca naukowa ma wiele odsłon, a szanse pozostania w nauce czy znalezienia zatrudnienia w danej dziedzinie, szczególnie w kontekście nauki międzynarodowej, niekoniecznie są bardzo duże.  Dlatego wydaje mi się, że jeśli robi się to z założeniem, że jest to jedna z wielu rzeczy, które można robić, ale nie sprawia jakiejś specjalnej przyjemności, to być może nie jest to coś, w co należy inwestować czas. Na pewno nie należy być specjalnie nastawionym na aspekty karierowe, np. myślenie o tym, żeby zrobić na kimś dobre wrażenie, ale tylko po to, żeby ta osoba napisała dobry list rekomendacyjny. Moim zdaniem niekoniecznie to działa i często zostawia pewien niesmak.  Generalnie dużo ludzi, którzy uprawiają naukę, często będąc już np. profesorami, robi to dlatego, że jest to ich pasja. Tak więc gdybym miał powiedzieć, co robi na mnie najlepsze wrażenie, to połączenie pasji, talentu i pewnej skromności. Nie w znaczeniu umniejszania sobie, ale raczej świadomości, że jest jeszcze bardzo wiele rzeczy, o których nie ma się pojęcia, a które mogą mieć wpływ na to, co dana osoba robi, chociaż ona sama jeszcze tego nie wie.

Jeśli chodzi o bardziej praktyczne rzeczy, każdy oczywiście musi znaleźć swoją drogę. Wydaje mi się, że w kontekście studiów SMP prace roczne to bardzo fajna sprawa. Najlepsze, co można moim zdaniem zrobić, to spróbować poeksperymentować, to znaczy nie pisać na przykład pracy rocznej dwa razy pod rząd u tej samej osoby. Bardzo często początkowe wybory opiekunów czy promotorów są ostatecznie dość przypadkowe. Gdy miałem 19 lat i zaczynałem studia, tak naprawdę bardzo mało wiedziałem na temat tego, jak działa nauka, czym jest fizyka itd. Nie mówię, że teraz wiem o niebo więcej, ale zebrałem pewne doświadczenia. Wybory, których dokonywałem wtedy, chociażby pod wpływem lektury książek popularnonaukowych, także niekoniecznie były jakoś bardzo przemyślane. Wydaje mi się, że dobrą rzeczą, którą SMP otwiera, jest możliwość napisania w trakcie studiów kilku prac (wliczając w to licencjat i magisterkę). Daje to więc tak naprawdę szansę pracy pod opieką kilku różnych naukowców, co jest bardzo cenne, bo pozwala zobaczyć, jak inni ludzie myślą i pracują.  Myślę, że warto spróbować wielu rzeczy i koniec końców wybrać dla siebie którąś z nich lub coś zupełnie innego, jeśli żaden z wypróbowanych tematów nie spełnił czyichś oczekiwań. Ja sam nie zrealizowałem tego do końca w ten sposób i obecnie wydaje mi się, że jeśli mogłem coś zrobić lepiej, to właśnie spróbować zrozumieć, jak wyglądają różne dziedziny.

SMP jest także świetną opcją, gdy nie jesteśmy pewni, czy chcemy zajmować się teorią czy  eksperymentem. Możemy wtedy zrobić np. na I roku teorię, a na II eksperyment i przekonać się, do której grupy należymy (czy też może jesteśmy jak Enrico Fermi i potrafimy obydwie rzeczy naraz). Chciałem to powiedzieć, ponieważ widziałem u niektórych studentów coś w rodzaju przekonania o konieczności wierności uczelni, czy też promotorowi lub opiekunowi naukowemu. Wydaje mi się, że nie jest to dobry instynkt. Moim zdaniem najlepsze, co można zrobić, to pomyśleć o sobie. Nie mam na myśli egoizmu, tylko raczej zadbanie o siebie, spróbowanie wielu rzeczy i odkrycie, co jest dla danej osoby, a co po prostu dla niej nie jest. Koniec końców nawet jeśli opiekun naukowy chce, żeby student został u niego np. na kolejną pracę roczną, to wybranie czegoś innego nie wyrządzi mu krzywdy. To jest po prostu biznes, gdzie każdy dba o swój interes. Dopóki te interesy są zbieżne, to pracuje się razem, a gdy przestają być, zaczyna się robić coś innego. Ale to nie tak, że w związku z tym muszą powstawać jakiekolwiek animozje, jest to po prostu normalny proces. Wydaje mi się, że warto, żeby studenci na to stawiali i że może to mieć tylko dobre efekty. Oczywiście może być też tak, że ktoś zrobi u jednej osoby świetną pracę roczną, potem pójdzie na licencjat do innej, a ostatecznie przy wyborze promotora magisterki zorientuje się, że chce wrócić do opiekuna naukowego pierwszej pracy rocznej. Jeśli taki student zrobił już wcześniej bardzo dobre wrażenie, to nie powinno być żadnego problemu i powinno to znakomicie zadziałać, o ile jest to świadoma decyzja, wynikająca z jakichś przemyśleń i doświadczeń.

Uważam także, że bardzo duże znaczenie ma mobilność akademicka. Jedną z rzeczy, których ja nigdy nie zrobiłem, był wyjazd na Erasmusa. Jeśli jest taka okazja, to myślę, że warto to zrobić, ponieważ taki wyjazd pozwala zrozumieć, jak wyglądają zajęcia na innych uczelniach.  Ma to bardzo dobry wpływ naukowy na młodych ludzi i umożliwia nawiązanie kontaktów. Bardzo polecam także mobilność akademicką w kontekście wyboru miejsca np. na doktorat. Nawet jeśli zrobi się pracę magisterską w Krakowie, to niekoniecznie trzeba pozostać tu także później. Warto jeszcze na studiach magisterskich zainteresować się, gdzie chce się robić doktorat i jak wyglądają rekrutacje na całym świecie. Dzięki temu można podjąć w pełni świadomą decyzję, bazując na swoich ambicjach i osiągnięciach, i ostatecznie wybrać doktorat, który najbardziej odpowiada naszym potrzebom. Jeśli ktoś jest bardzo związany z Krakowem i za wszelką cenę chce zostać w Krakowie – jasne, ale to nie powinno być jedyne rozwiązanie, a po prostu jedna z opcji.

Jeśli chodzi o przedmioty, ja akurat miałem do nich dość specyficzny stosunek. Nigdy nie zależało mi na ocenach, pod warunkiem, że będę dostawać stypendium. W związku z tym myślę, że nie byłem nigdy kujonem, raczej starałem się robić rzeczy, które uważałem za pożyteczne albo przyjemne. Wydaje mi się, że jest to dość zdrowe nastawienie. Koniec końców, jeśli ktoś jest w stanie myśleć analitycznie i rozwiązywać problemy, to samo w sobie jest ogromnym sukcesem, nawet jeśli nie ma najlepszych ocen na roku. Sam bardzo doceniam studentów, którzy są „analityczni” i potrafią myśleć, a niekoniecznie tych starających się o najwyższe oceny. Tak więc moja rada jest taka, żeby skupić się na istocie danego przedmiotu czy dziedziny i nabyć istotnych umiejętności na bardzo wysokim poziomie, a niekoniecznie zapamiętać cały skrypt, aby następnie zapomnieć go po dwóch miesiącach. Uważam, że to pierwsze ma bardzo dobry wpływ na samorozwój, a to drugie ma być może wpływ na zapamiętywanie, ale na niewiele więcej.

Jak postrzega Pan współpracę Uniwersytetu z absolwentami?

Moja współpraca opiera się raczej na kontaktach osobistych niż czymś sformalizowanym. Nie jestem pewien, jak dokładnie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ pochodzę z innego pokolenia. Być może obecnie kwestia współpracy z absolwentami wygląda zupełnie inaczej. Natomiast przez całą swoją karierę utrzymywałem bliskie stosunki z ludźmi z Wydziału Fizyki. Przez ostatnie czternaście lat, to jest od ukończenia swojego doktoratu, dzieliłem z naukowcami z UJ wiele wspólnych wyników. Pozwoliło mi to nawiązać tutaj trwałe relacje, które ciągle rozwijam. Ale jest to coś raczej osobistego i nie jestem w stanie stwierdzić, jak to wygląda w bardziej sformalizowany sposób. Mogę jednak powiedzieć, że w trakcie ostatnich kilku lat trochę się zmieniło. Nie wiem, czy to było związane z tym, że zostałem profesorem na uniwersytecie, czy wyniknęło bardziej organicznie, ale jestem teraz bardziej aktywny w tym środowisku krakowskim i ogólnie polskim. Poproszono mnie kilka razy o napisanie recenzji dla doktoratów czy habilitacji i jest to coś, co dalej chciałbym robić, zacieśniając w miarę możliwości współpracę z Uniwersytetem. Także dlatego, że jestem rodzinnie związany z Krakowem.

 

Rozmawiała: Marianna Dekert