Marcin Szczuka wybrał fizykę, bo chciał lepiej zrozumieć świat. Z czasem odkrył jednak, że bardziej niż teoria interesują go praktyczne zastosowania nauki. Studiował w ramach Studiów Matematyczno-Przyrodniczych Uniwersytetu Jagiellońskiego, a dziś jako współwłaściciel firmy doradczej pomaga przedsiębiorstwom podejmować strategiczne decyzje biznesowe. Jego historia pokazuje, że naukowy sposób myślenia jest równie cenny w biznesie, jak w pracy badawczej.
Na jakich kierunkach Pan studiował i dlaczego wybrał fizykę?
Skończyłem fizykę, ale przez pierwsze półtora roku studiowałem równolegle informatykę.
Dlaczego nie kontynuował Pan studiów z informatyki?
Po prostu mi się nie podobały. Wtedy była tylko jedna informatyka – bez podziału na analityczną czy stosowaną. Na początku było tam bardzo dużo matematyki, a mało samej informatyki. Uznałem, że na fizyce i tak mam wystarczająco dużo matematyki, więc zrezygnowałem. Potem próbowałem jeszcze innych rzeczy – poszedłem na Akademię Ekonomiczną, dziś Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie – ale też niezbyt mi się to podobało, więc po roku zrezygnowałem. Ostatecznie fizykę zrobiłem od początku do końca. Jeśli chodzi o sam wybór fizyki, to wtedy po prostu takie były moje zainteresowania. Jak człowiek jest młody, to chce ambitnie poznawać świat, szukać granic poznania. Interesowała mnie przyroda i możliwość opisywania świata za pomocą matematyki. To wynikało z takich idealistycznych przekonań, a poza tym wydawało mi się, że fizyka bardzo do mnie pasuje.
Ewolucja zainteresowań, elastyczność studiów i zastosowanie wiedzy
Pierwsze dwa lata były bardzo fajne – to było takie poznawanie podstaw nauki. Natomiast później, na trzecim, czwartym, piątym roku, to już się robiło trochę zbyt dalekie od moich zainteresowań. Z perspektywy czasu myślę, że po dwóch, trzech latach najlepiej byłoby, gdybym przeniósł się na jakąś inżynierię, bardziej praktyczną. Ale wtedy to dopiero we mnie dojrzewało. Bo bycie na tej fizyce, przynajmniej jak ja na to patrzyłem po tych kilku latach... No, jest fizyka cząstek elementarnych, która jest ciekawa, jeśli ktoś ma pasję w tym kierunku – ja nie miałem. Była też fizyka fazy skondensowanej, nowe materiały, ale to również nie było coś, co szczególnie mnie pociągało.
Najbliżej tego, co mnie naprawdę interesowało, były różne metody ilościowe w ekonomii. I tym właśnie zajmowałem się zaraz po studiach – trafiłem do działu aktuarialnego, gdzie zajmowałem się modelowaniem statystycznym różnych zdarzeń ubezpieczeniowych. Tam oczywiście bardzo przydała mi się fizyka i sposób naukowego myślenia, ale właśnie w takich czysto praktycznych zastosowaniach. Natomiast teoria pola czy teoria cząstek elementarnych, którą zajmuje się na przykład Andrzej Siódmok (przyp. red. – profesor na UJ, kierownik SMP od 2024 r.), kompletnie mnie nie pociągała. Nie czułem tam tej pasji, którą miałem na pierwszych latach.
Wtedy to były studia jednolite, pięcioletnie. Wydaje mi się, że obecny system 3+2 jest dużo lepszy. Zwłaszcza w przypadku SMP, bo 3+2 daje naprawdę dużą swobodę – trochę jak na amerykańskich uniwersytetach. W Stanach studiowałem MBA i tam to wygląda tak, że w ramach czteroletniego college’u dwa pierwsze lata można wybierać te przedmioty, które się chce, a dopiero potem człowiek się specjalizuje. Wydaje mi się, że SMP to jest dokładnie coś takiego – można zobaczyć fizykę, zobaczyć informatykę. Byli też ludzie, którzy łączyli inne rzeczy. Oczywiście było sporo osób z chemii, trochę z biologii, ktoś zajmował się geografią, ale to była raczej mniejszość.
Bardzo fajne było to, że spotykaliśmy się wszyscy na wspólnych konwersatoriach. To dawało możliwość poznania ludzi spoza swojej dziedziny, co było naprawdę ciekawe. Można było zobaczyć, jak inni patrzą na naukę i jak bardzo różnią się sposobem myślenia. To było coś wyjątkowego.
Po tych trzech latach miałem już mniejszy entuzjazm do czystej nauki – zrozumiałem, że nie chcę iść w tym kierunku. Wtedy brakowało mi trochę zastosowań. Teraz wydaje mi się, że to dużo mniejszy problem, bo po trzech latach można skończyć i powiedzieć: „Dobra, teraz idę na ekonomię” albo „Idę na inżynierię”. Może nie byłoby tak łatwo przenieść się na AGH, na przykład na inżynierię mechaniczną, ale mimo wszystko ten system 3+2 daje znacznie większą elastyczność.
Pamiętam też, że na pierwszym roku poszedłem na jeden przedmiot na matematyce – to było jeszcze wtedy na ulicy Reymonta. Poszedłem tam na Wstęp do teorii mnogości. To już było coś maksymalnie ezoterycznego – ludzie tam operowali na zupełnie innym poziomie rzeczywistości. Ale to był bardzo fajny przedmiot i pewnie bym go nie zrobił, gdyby nie SMP. Bardzo dobrze to wspominam. Myślę, że gdybym teraz był studentem SMP, wspominałbym to jeszcze lepiej – właśnie ze względu na tę elastyczność.
W roku akademickim 2024/25 wprowadzono możliwość zrobienia w ramach SMP dwóch licencjatów.
To jest spoko, natomiast z punktu widzenia pracodawcy nie wiem, czy to ma jakieś ogromne znaczenie. Posiadanie jednego licencjatu z taką historią, że próbowało się różnych rzeczy, już jest wartością.
Jak wspominam moich kolegów i koleżanki ze studiów, to to byli w większości bardzo łebscy ludzie. Ja się nauką zupełnie nie zajmuję, więc trudno mi to ocenić w kontekście akademickim, ale w biznesie czy w firmach technologicznych na pewno mogliby zrobić świetne kariery. To była naprawdę mocna grupa, może z kilkoma wyjątkami, ale generalnie był bardzo wysoki. Ja, jako młody człowiek, nie traciłbym czasu na dwa licencjaty. Skupiłbym się na jednym i próbował różnych rzeczy dodatkowo.
Jeśli ktoś naprawdę interesuje się fizyką i chemią, to dobrze, że może mieć dyplom z obu kierunków, a nie być tylko „formalnie” fizykiem, mimo że robił połowę kursów z chemii. Ale fajnie też usłyszeć, że w technologii nie zawsze ma to aż tak duże znaczenie.
Mój background jest taki, że zajmuję się doradztwem biznesowym, konsultingiem. I w takim świecie fizyka jako wiedza dziedzinowa nie wiem, czy się bardzo przydaje. Najważniejszy jest mindset naukowy. Oceniasz sytuację, zastanawiasz się, z czego wynika, stawiasz hipotezy, testujesz je, masz sposób ich weryfikacji. To jest logiczny, uporządkowany proces, którego 99% ludzi nie ma. I naprawdę zaskakuje, jak wiele dużych firm działa na zasadzie „kto głośniej krzyczy”, a nie „kto ma rację merytorycznie”.
Dlatego zrobienie trzech licencjatów nie zrobiłoby żadnej różnicy. Jeśli ktoś chce pracować w Google'u albo podobnych firmach technologicznych, to najlepiej, żeby to była informatyka, matematyka, ewentualnie fizyka. A chemia czy biologia – niekoniecznie. Ale jeśli ktoś chce iść do firmy chemicznej, to w Polsce sektor chemiczny bardzo się rozwija, choć wielu studentów o tym nie wie. I wtedy chemia z fizyką to naprawdę dobre połączenie.
Najlepsze wspomnienia ze studiów
Pozytywnych wspomnień jest dużo. Z kolegami i koleżankami zawsze staraliśmy się „think big”: co będziemy robić po studiach, jakie mamy plany. I myślę, że niewiele osób żałuje wyboru. Może te plany nie zawsze się spełniły, ale każdy osiągnął bardzo dużo.
Jeśli chodzi o konkretne momenty, to pamiętam pierwsze SeMPowisko w 2003 roku. Była świetna atmosfera, poczucie, że robimy coś wyjątkowego i że naprawdę dzieje się coś ważnego. To było naprawdę fajne.
Drugie wspomnienie to zupełnie sam początek, pierwszy rok. Wszyscy się poznawaliśmy i okazywało się, że są wśród nas ludzie z bardzo różnymi pasjami. Jedna osoba w wieku 19 lat dokładnie wiedziała, że będzie strzelać laserem w kryształy i coś na tej podstawie badać, i z tego, co pamiętam, robi to do dziś. Była też dziewczyna, która miała ogromną pasję do matematyki i to ona namówiła mnie, żebym poszedł na topologię albo teorię mnogości na matematyce.
Trzecie wspomnienie to wakacje między trzecim a czwartym rokiem studiów, kiedy kilku z nas z SMP dostało się na staż do PSI (Paul Scherrer Institute) w Szwajcarii. Pojechałem tam z Krzysiem Wohlfeldem (obecnie profesor fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Warszawskim) i Andrzejem Siódmokiem.
Mama Krzysia, która jest obecnie emerytowanym profesorem anglistyki na UJ, kupiła mu wtedy Opla Corsę. Wsiedliśmy we trzech do tego auta, zapakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy na trzy miesiące do Szwajcarii.
No i tym Oplem dużo jeździliśmy. Mieliśmy w trakcie stażu tydzień wolnego, więc stwierdziliśmy, że jedziemy do Włoch. Pojechaliśmy do Florencji, potem do Rzymu.
Pamiętam, że w pewnym momencie dali mi samochód do prowadzenia, bo uznali, że jestem najlepszym kierowcą w grupie.
Trochę jeździliśmy też po Szwajcarii, a nawet zahaczyliśmy o Francję. Pojechaliśmy też do CERN-u, bo Andrzej Siódmok miał tam już wtedy znajomych. Wydaje mi się, że to były jedne z najlepszych wakacji – świetna ekipa, dużo wyjazdów, poznaliśmy też innych Polaków.
Myślę, że właśnie te trzy rzeczy najlepiej wspominam: pierwszy rok i całą tę inspirację, wakacje na stażu i SeMPowisko, bo to był ważny moment w historii kierunku, nasze pierwsze duże wydarzenie, stworzone specjalnie dla społeczności SMP.
Super wspomnienia, naprawdę świetne historie. My w tym roku robiliśmy już dwudzieste trzecie SeMPpowisko, więc to wciąż żyje i dalej integruje ludzi. Ale mam wrażenie, że kiedyś studenci SMP byli bardziej zintegrowani niż teraz – dziś wszyscy bardziej trzymają się swoich kierunków.
Wtedy była taka naturalna chęć trzymania się razem. Oczywiście były jakieś mniejsze grupy, zależnie od tego, co kto studiował – na fizyce było sporo osób, to była największa grupa. Trochę ludzi było na informatyce, ale oni trzymali się raczej na uboczu. Natomiast fizyka, matematyka i chemia były całkiem dobrze zintegrowane. Moi najbliżsi znajomi ze studiów to właśnie głównie osoby z SMP z tych trzech kierunków. Z fizyki też miałem kilku dobrych znajomych, ale to jednak nie były aż tak bliskie relacje jak te wśród ludzi ze SMP.
Teraz w Kole SMP najbardziej zintegrowani są chyba fizycy. Pewnie dlatego, że pokój kołowy jest na Wydziale Fizyki, więc łatwiej jest tu przyjść. Studentom SMP z innych Wydziałów może być wygodniej trzymać się u siebie.
No tak, to naturalne – jak jakaś grupa jest duża, to trzyma się razem. Za moich czasów na fizyce było naprawdę sporo osób.
O drodze zawodowej
Miałem kolegę, Kubę Meissnera, który sobie wymyślił, że będzie robić fizykę, ale przedmioty z matematyki u matematyków, więc miał na przykład 4 semestry analizy matematycznej. To już może być niebezpieczne dla zdrowia. Mamy z matematykami różne podejścia do świata. Na fizyce trzy semestry analizy w zupełności wystarczą, bo potem jest MMF (Matematyczne Metody Fizyki). Na MMF miałem poczucie, że to jest jednak trochę płytkie. Bardzo dużo narzędzi, ale mało dowodów. Z drugiej strony, jeśli pójdziesz w stronę dowodów, to możesz całe życie robić tylko to. Więc to był jakiś balans, ale pamiętam, że właśnie wtedy zacząłem mieć wątpliwości. Po drugim roku już mocno myślałem, że chyba nie chcę być naukowcem. Po trzecim roku byłem tego pewien. Pierwsze cztery semestry to był dla mnie świetny czas. Pamiętam, że przez dwa pierwsze lata miałem same piątki. A potem po prostu przestało mi zależeć.
Właśnie chcemy podkreślić, że nie wszyscy muszą zostać w nauce, że są inne ścieżki.
Tak, i to jest chyba najważniejsza rzecz, którą chciałbym przekazać. Jeśli ktoś w pewnym momencie uzna, że nie chce być naukowcem, to naprawdę można sobie ułożyć inną drogę. Trzeba tylko mieć też umiejętności, których wtedy UJ nie uczył, a Kraków 20 lat temu to było zupełnie inne miasto. Mało było możliwości dla młodych ludzi. Nie było dużych firm IT, centra usług dopiero zaczynały powstawać, a i tam płace były niskie. Jeśli ktoś nie myślał o nauce, to najczęściej myślał o wyjeździe z Krakowa. A kiedy jechało się do Warszawy, okazywało się, że nie ma się żadnych kontaktów, bo na UJ nikt nie kładł wtedy nacisku na budowanie networku już na studiach. To jest duża różnica w porównaniu z miejscami, które poznałem później. Jak mówiłem, studiowałem MBA na Wharton (szkoła biznesu Uniwersytetu Pensylwanii w Filadelfii) i tam podejście było zupełnie inne. Budowanie relacji to była właściwie część programu.
Wydaje mi się, że to najważniejsza rzecz, o której warto powiedzieć. Znam kilka osób ze SMP, które poszły inną drogą niż nauka i bardzo dobrze sobie poradziły. Tylko trzeba trochę inaczej pokierować sobą już w czasie studiów, żeby osiągnąć sukces poza akademią.
Tak jak mówiłem, na czwartym i piątym roku bardzo się zastanawiałem, co robić dalej. Przez dwa semestry studiowałem też na Akademii Ekonomicznej, obecnym Uniwersytecie Ekonomicznym. I jak się studiuje fizykę na UJ, to intelektualnie jest to jednak większe wyzwanie. Na studiach ekonomicznych byli bardzo różni ludzie – część naprawdę świetna – ale sam sposób prowadzenia zajęć przypominał mi trochę szkołę średnią, tylko bez dzwonków. Były zajęcia z języków, zajęcia z ekonomii, gdzie pani czytała coś z zeszytu, a wszyscy przepisywali do swoich zeszytów. Nie było tego elementu myślenia, dyskusji, zastanawiania się, czy to, co profesor pisze na tablicy, ma sens. To było dla mnie trochę miałkie.
Ale jedna rzecz była dla mnie wartościowa: zobaczyłem, że matematyka może mieć zastosowanie właśnie w takich dziedzinach jak finanse czy ubezpieczenia. I wtedy zainteresowałem się aktuarialnością. Jest taki zawód – aktuariusz – specjalista od oceny ryzyka w firmach ubezpieczeniowych. To zawód regulowany prawnie, każda firma ubezpieczeniowa musi mieć aktuariusza. Jak ja kończyłem studia, było ich może ze sto. Teraz pewnie pięćset. Żeby zostać aktuariuszem, trzeba zdać bardzo trudne egzaminy – statystyka, matematyka finansowa, rzeczy naprawdę wymagające. Nie każdy jest w stanie to zdać, więc jest to duża bariera wejścia. I wtedy pomyślałem, że może powinienem w tym kierunku pójść.
Na piątym roku zaaplikowałem do kilku firm i dostałem się do jednej. To też była firma konsultingowa, ale taka wyspecjalizowana – pracowaliśmy tylko dla firm ubezpieczeniowych. Liczyliśmy, za ile powinni sprzedawać ubezpieczenia samochodowe, zdrowotne i tak dalej. Pracowałem tam kilka lat i było tam naprawdę dużo matematyki.
Po paru latach zaczęło mnie to jednak trochę nudzić. I wtedy postanowiłem wyjechać na studia MBA do Stanów. Po powrocie zacząłem pracę już w innym typie konsultingu – takim klasycznym management consulting. Po polsku mówi się „doradztwo strategiczne”, ale to trochę nietrafione określenie, bo my zajmujemy się nie tylko strategią, ale ogólnie doradztwem w sprawach zarządzania. Pracujemy wtedy, kiedy firma staje przed dużym wyzwaniem: trzeba coś kupić, sprzedać, zrobić dużą inwestycję, albo pojawia się jakiś „disruption” – nowa konkurencja, zmiana rynku. Teraz na przykład ogromnym „disruption” jest AI, bo nagle okazuje się, że wiele rzeczy, za które kiedyś płaciło się tysiące złotych ludziom, może zrobić AI za nic. To przewraca całe branże do góry nogami. Organizacje są często zbyt powolne, żeby same na to szybko reagować, więc potrzebują zewnętrznej pomocy – i wtedy wchodzimy my.
Więc tak: od świata nauki przeszedłem do aktuariatu, gdzie mogłem wykorzystać wszystko, czego nauczyłem się z matematyki. Zainspirowało mnie to, co zobaczyłem na Akademii Ekonomicznej. A potem kolejny krok – MBA – zabrał mnie już bardzo daleko od matematyki. Teraz tak naprawdę robię głównie cztery działania: dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie.
Na czym polega Pana praca? Porównanie do aktuariatu
Teraz – i ogólnie od kilku lat – pracuję w konsultingu. Jestem współwłaścicielem firmy i odpowiadam za projekty od początku do końca, razem z zespołem konsultantów. Najkrócej mówiąc: pomagamy firmom podjąć decyzje, których same by nie podjęli.
Na przykład przychodzi do nas duży polski przedsiębiorca i mówi: „Zastanawiam się, czy to dobry pomysł, żeby kupić firmę w Stanach. Czy możecie mi pomóc podjąć tę decyzję?”. I wtedy, wykorzystując analizy i wiedzę naszych zespołów, również tych w USA, pomagamy mu zdecydować.
Albo ktoś planuje nową inwestycję, nie wiem, sto milionów złotych na linię produkcyjną. Rynek rośnie, więc wydaje mu się, że to dobry pomysł, ale chce się upewnić, że nie pomija jakiegoś ważnego czynnika, bo może rynek rośnie tylko dlatego, że komuś chwilowo zepsuła się fabryka, mówiąc bardzo obrazowo. Przedsiębiorcy i menedżerowie mają tyle rzeczy na głowie, że bardzo często są dosłownie zalani informacjami i trudno im mieć komfort podjęcia decyzji.
W mojej poprzedniej pracy, zaraz po studiach, ktoś przychodził i mówił: „Policzcie nam, ile powinno kosztować ubezpieczenie samochodu, bo nie mamy narzędzi, żeby to zrobić”. I my to liczyliśmy. A tutaj ktoś przychodzi i mówi: „Mam duży problem biznesowy i muszę wydać dużo pieniędzy – pomóżcie mi upewnić się, że to się opłaci”.
Po MBA zacząłem od roli konsultanta, robiłem analizy. Potem jako manager nadzorowałem analityków, potem jako senior manager odpowiadałem też za kontakt z klientem. A teraz jestem odpowiedzialny za to, żeby projekty były dowiezione z sukcesem i żeby klient był zadowolony i wracał.
Gdybym został w tamtej pierwszej pracy, to pewnie też miałbym już swój zespół i chodziłbym do klientów sprzedawać projekty. Znam ludzi, którzy zaczynali wtedy razem ze mną – jeden kolega z Lublina, po matematyce – i on do dziś jest w tym zawodzie i bardzo to lubi. Zrobił nawet doktorat z matematyki na Polskiej Akademii Nauk, więc próbował to jeszcze łączyć ze światem nauki.
To była – i chyba nadal jest – dobrze płatna praca. I wiele osób po prostu nie chciało ryzykować, żeby zmieniać ścieżkę. Myślę, że nadal, jeśli ktoś jest dobry z matematyki i nie chce iść w naukę, to aktuariat jest świetną drogą.
Jakie cechy powinna posiadać osoba na Pana stanowisku? Jak te cechy rozwijać?
Przede wszystkim cechy interpersonalne. O tym już trochę mówiliśmy – uczelnie tego nie uczą, a to jest kluczowe.
Na początku kariery najważniejsza jest umiejętność analitycznego myślenia: rozkładanie problemu na części, stawianie hipotez, sprawdzanie ich, wracanie do ogólnego obrazu i wyciąganie wniosków. Przykład: jeśli w jakimś procesie koszty osobowe są za duże, to trzeba rozłożyć cały proces na podprocesy i zobaczyć, gdzie jest najwięcej ludzi – a dopiero potem zastanawiać się, co z tym zrobić. To wymaga logiki i struktury.
Później ważniejsze stają się inne rzeczy: umiejętność przekonywania, prezentowania, budowania relacji – zarówno z pojedynczym rozmówcą, jak i przed salą kilkunastu osób. Największa moja prezentacja była kiedyś na około 500 osób, ale zazwyczaj to są grupy kilku-kilkunastu.
Bardzo ważna jest też pewność siebie. Kiedy coś przeanalizujesz i mówisz, że z tego wynikają takie, a nie inne wnioski, to musisz być w stanie tego bronić. Często bywa tak, że siedzisz na spotkaniu, mówisz swoje, a dwadzieścia osób mówi ci, że nie masz racji. Może czasem faktycznie się mylisz – ale jeśli jesteś przekonany, że analiza jest dobra, to nie możesz się wycofywać.
To jest największa przepaść między uniwersytetem a pracą. Na studiach nikt tego nie uczy. A w biznesie bardzo często rację ma ten, kto najgłośniej krzyczy – jak w polityce. A merytoryczna racja bywa gdzie indziej. Jeśli nie masz odwagi, żeby to powiedzieć, to ta racja nigdy nie wybrzmi.
Jeden profesor na Wharton – tej szkole biznesu, gdzie robiłem MBA, w tym samym miejscu, gdzie studiował Elon Musk – powiedział coś, co bardzo zapadło mi w pamięć: „Nawet jeśli jesteś najwybitniejszym inżynierem na świecie, ale nie umiesz się komunikować, to skończysz pracując w McDonaldzie.” I coś w tym jest. Inżynierowie muszą umieć nie tylko liczyć, ale też narysować, opowiedzieć i wyjaśnić.
Jeśli chodzi o rady, jak to rozwijać: najlepsza nauka wystąpień publicznych to po prostu występowanie publiczne. Nie ma drogi na skróty – tak samo jak w matematyce. Warto angażować się w rzeczy pozauczelniane: organizowanie wydarzeń, branie odpowiedzialności za rzeczy praktyczne („ktoś nie dojechał”, „coś nie działa”) – to uczy radzenia sobie z realnymi problemami. Przydają się też krótkie, dynamiczne wystąpienia, coś w stylu formatu TED – takie, w których trzeba zainteresować ludzi w kilka minut i zostawić po sobie wyraźne wrażenie. To zupełnie inne wyzwanie niż prezentacja naukowa przy plakacie, gdzie wszyscy tylko kiwają głowami.