Dr Anna Stępień-Czarniecka prowadzi badania nad mózgiem w ETH Zürich i rozwija nowe metody precyzyjnego dostarczania leków do jego wybranych obszarów.
Studiowała biologię w ramach Studiów Matematyczno-Przyrodniczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wspomina, że największą wartością SMP były wolność wyboru i zaufanie do studentów.
Uważa, że w nauce warto podążać przede wszystkim za ciekawością i dążeniem do lepszego zrozumienia świata, a nie za kolejnymi tytułami czy wyróżnieniami.
Jakie jest Pani najlepsze wspomnienie z okresu studiów na Uniwersytecie?
Myślę, że była to taka duża wolność i swoboda. Człowiek podczas studiów nie jest jeszcze zobowiązany do wielu spraw. Ta wolność i zaufanie w kwestii wyboru kierunku i podejmowania różnych decyzji, które oferował tryb interdyscyplinarny, to było coś bardzo fajnego. Szczególnie dla człowieka, który skończył liceum i teraz musi nauczyć się sam sobą zajmować. Podobała mi się organizacja programu studiów. Bardzo miło wspominam też Kraków. Ogólnie studia to był przyjemny czas.
Czy były jakieś takie decydujące wydarzenie, które skłoniło Panią do pójścia naukową ścieżką?
Myślę, że nie było to żadne decydujące wydarzenie. Miałam to szczęście, że już w liceum i potem, na studiach, trafiałam na dobrych mentorów. Mogłam też liczyć na wsparcie rodziny i środowiska. Nie „czepiałam” się jakichś konkretnych programów czy tematów. Jeżeli coś mnie interesowało, to po prostu szłam w tę stronę. Mój tutor mówił na przykład: „Popatrz, to jest coś fajnego, może byś spróbowała”. Myślę, że miałam szczęście, ponieważ kiedy chciałam coś robić, to mi się udawało, a przy tym mogłam liczyć na pełne wsparcie opiekuna i przyjaciół.
Czy studia interdyscyplinarne pomogły Pani na tym najwcześniejszym etapie?
To na pewno. Ja nie potrafię dobrze działać w narzuconych z zewnątrz ramach. Studia interdyscyplinarne oferowały większą wolność, co na pewno poprawiało mój komfort i poczucie bezpieczeństwa. Jako opiekunka studentów i doktorantów widzę teraz, że dla młodego człowieka wrzucenie w system, którego ma być częścią, może być bardzo trudne. Na przykład dlatego, że nie mieści się w jakichś wymogach tego systemu. Wolność, zaufanie i możliwość rozwijania się na swoich zasadach są czymś bardzo cennym. W tamtym momencie interdyscyplinarny charakter studiów, między innymi pod tym względem, wydawał się na skalę polską czymś wyjątkowym.
Czy mogłaby Pani opowiedzieć o swojej naukowej pracy? Co Pani w niej najbardziej lubi?
Obecnie zajmuję się różnymi aspektami mózgu. Najprzyjemniejsza część to badanie połączeń pomiędzy neuronami. Używamy w tym celu świecących białek, które dostarczamy na miejsce z wykorzystaniem zmodyfikowanych wirusów. Potem robimy ciekawe rzeczy z tymi mózgami, na przykład sprawiamy, że są całkiem przezroczyste i skanujemy je w całej objętości mikroskopem. Takie mikroskopy sami sobie składamy z części zakupionych od współpracujących z nami firm. Uzyskujemy wiele pięknych obrazów, które następnie obrabiam. Można powiedzieć, że bawię się w takie „dorosłe lego”. Poza tym zajmujemy się także neurotechnologią. W moim labie bawimy się w nieinwazyjne dostarczanie leków przez barierę krew-mózg. Naszym celem jest, aby te leki trafiły w konkretne miejsce w mózgu. W przypadku takich chorób jak padaczka czy depresja, w których chore są jego konkretne części, zależy nam na ograniczeniu terapii do tego jednego miejsca, aby ograniczyć ryzyko zatrucia mózgu poprzez systemowe podanie leków. Współpracuję obecnie ze studentami, ale także lekarzami z dwóch szpitali nad nową technologią. Polega ona na pakowaniu leków w małe pęcherzyki, podobne do liposomów, które wprowadza się do krwi pacjentów. Następnie za pomocą skupionej wiązki ultradźwięków otwiera się barierę krew-mózg w konkretnym miejscu i wypuszcza leki z bąbelków. Istnieje duża szansa, że niedługo opracowywana przez nas terapia będzie mogła wejść w fazę badań klinicznych. Oczywiście wszystkie te projekty w jakiś sposób się łączą. Jeśli chcemy zrozumieć nasz mózg, zachowania czy też powstawanie i rozprzestrzenianie się chorób neurologicznych, cała nasza wiedza musi się gdzieś spotkać.
Czy interdyscyplinarność przydaje się Pani w codziennej pracy?
Tak, jest bardzo dużym plusem. W mojej pracy trzeba ogarniać niektóre aspekty fizyki, trochę programowania, biologii, genetyki… Nie chodzi o to, żeby być w nich specjalistą, ale żeby być w stanie współpracować i używać różnych modułów, które stworzą potem fajną technologię. Poza tym w moim laboratorium pracuje bardzo dużo ludzi, którzy pochodzą z zupełnie różnych dziedzin. Mamy fizyków, ludzi, którzy się zajmują sieciami neuronowymi, analizą obrazu czy budową mikroskopów. Biologów jest chyba najmniej, ale są bardzo dobrzy. Interdyscyplinarność bardzo pomaga we współpracy, w rozmowach z kolegami na korytarzu czy z różnymi partnerami.
Czy jest jakaś taka definicja sukcesu, która jest Pani bliska?
Nie mam definicji sukcesu. Należę do tych ludzi, którzy uważają, że należy się cieszyć z tego, co jest teraz, bo nie wiadomo, co będzie jutro. Co wcale nie znaczy, że nie należy mieć ambicji. Po prostu widziałam wiele przykładów tego, że nie zawsze udaje się osiągnąć postawiony cel, nawet drobnymi kroczkami. Nie wiem, czy zostanę profesorem, czy założę firmę. Nie wiem, czy dostanę się do pharmy i będę zarabiać tyle i tyle milionów. Często okazuje się, że z różnych, nie zawsze zależnych od nas powodów, jest to niemożliwe. Taki upadek własnych oczekiwań bardzo boli i ludzie są później nieszczęśliwi. Uważam, że należy starać się iść za tym, co nas interesuje, ale nie za wszelką cenę. Bo w pewnym momencie można się zorientować, że paląc za sobą mosty, straciło się przyjaciół, rodzinę albo zostawiło jakieś inne sprawy, które są nam tak naprawdę potrzebne w życiu, a których być może nie doceniamy.
Walcząc o karierę, możemy się łatwo zagubić. Najbardziej imponują mi ludzie, którzy są w stanie dojść bardzo, bardzo daleko, nie licząc na to. To znaczy ciężką pracą, inteligencją i zaangażowaniem osiągają kolejne etapy. Uważam, że zostanie profesorem czy osiągnięcie pewnego pułapu pensji nie powinno być celem. Celem powinno być to, aby jak najwięcej zrozumieć, odkryć i później przysłużyć się tym światu i innym ludziom. Zresztą, patrząc na życiorysy dawnych naukowców, można zauważyć, że człowiek niczego tak naprawdę nie osiąga sam. Na przykład za każdym mężczyzną, który osiągnął ogromny sukces, stała żona, matka, sekretarka... Dlatego wydaje mi się, że nie ma jednej definicji sukcesu, ponieważ sukces jest zawsze wspólny. Nie jest ważne, kto jest na pierwszym miejscu w publikacji, kto ma tytuł profesora czy jak bardzo ktoś jest bogaty. Najważniejsze jest to, jak potrafiliśmy przysłużyć się innym i sobie w zrozumieniu świata.
Do czego powinni dążyć studenci u progu kariery naukowej?
Myślę, że człowiek, który zastanawia się nad tym, czego chce, będzie najlepiej wiedział, czego potrzebuje. Przy czym wielu ludzi, szczególnie na początku kariery, jest zaślepionych średnią ocen, stypendiami, na przykład stypendium ministra, czy też dostaniem się na jakieś konkretne programy. To jest wszystko fajne, ale życie się na tym nie kończy. Warto robić to, co się chce, to, co się potrafi, i to, na co nas stać emocjonalnie, czasowo i finansowo. Myślę, że w każdej sytuacji jesteśmy w stanie wybrać jak najlepiej, oczywiście o ile życie nam na to pozwala. Czasy są dość trudne i skomplikowane, nie wiadomo, co będzie jutro czy za rok, szczególnie od czasów korony. Dlatego w każdej sytuacji, w której się znajdziemy, powinniśmy starać się podejmować dobre wybory i systematycznie dążyć do swoich małych celów.
Czy z perspektywy absolwentki lubi Pani wracać na Uniwersytet?
W czasie, gdy studiowałam, studenci SMP z mojego rocznika i kilku innych, które znałam, naprawdę mocno się ze sobą przyjaźnili. Z kilkoma osobami do teraz blisko się przyjaźnię. Jest też szerokie grono ludzi, których wtedy poznałam, a którzy teraz są gdzieś, powiedzmy, „na radarze” i jeżeli trzeba, to kontaktujemy się ze sobą i się wspieramy. Mam bardzo serdeczne kontakty z paroma osobami z labu, w którym spędziłam sporą część swoich studiów. Raz na jakiś czas spotykamy się przy okazji jakiejś konferencji. Czasami udaje mi się także zajrzeć do Krakowa do laboratorium i zawsze są to bardzo przyjemne spotkania. Nie mamy bliskiej współpracy naukowej, ale oczywiście wspieramy się, podrzucamy sobie różne pomysły, możliwości czy kontakty.
Bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani podzielić z nami swoją historią i doświadczeniem. Na koniec chciałam zapytać, czy jest jakieś pytanie, które nie padło, a na które chciałaby Pani odpowiedzieć.
Nie, natomiast chciałabym podzielić się pewną obserwacją. Na studiach SMP, przynajmniej za moich czasów, było dużo bardzo ambitnych ludzi, którzy obecnie kontynuują fantastyczną karierę, a przy okazji są świetnymi ludźmi w każdym aspekcie. Ale wydaje mi się, że takie przesadzone ambicje potrafią czasem trochę zaszkodzić. Chciałabym życzyć studentom, którzy teraz dostają się na te studia, aby szli za swoim głodem wiedzy i nie przejmowali się, czy ktoś ma średnią 5.0, jakie kto dostał stypendium i tak dalej, bo to tak naprawdę jest nieważne. Najważniejsze jest to, aby potrafić cieszyć się tym, co już się osiągnęło, i patrzeć w przyszłość bez zbędnego porównywania się i gorączkowania o oceny. I żeby, broń Boże, nie wpadać w żadne kompleksy, bo jestem przekonana, że wszyscy, co do jednego, to są bardzo zdolni ludzie. I tak naprawdę najważniejsze jest to, gdzie znajdą się za 5 czy 10 lat, a nie to, że teraz nie udało im się na przykład zdobyć maksymalnej liczby punktów z jakiegoś egzaminu, bo to jest zupełnie nieważne.