Przemysław Broniek - Studia Matematyczno-Przyrodnicze

Przemysław Broniek | Google

Przemysław Broniek
Dr Przemysław Broniek od niemal dwóch dekad jest związany z Google, gdzie pełni funkcję Software Engineering Manager i kieruje zespołami rozwijającymi komunikator Google Messages.

Na Studiach Matematyczno-Przyrodniczych Uniwersytetu Jagiellońskiego mógł bez pośpiechu rozwijać zainteresowania matematyką i informatyką, zanim wybrał informatykę jako kierunek wiodący.

Uważa, że możliwość podjęcia tej decyzji we właściwym momencie oraz mocne podstawy zdobyte podczas studiów dobrze przygotowały go do kariery.

 

Z czego wynikał wybór informatyki?

W liceum byłem zainteresowany matematyką, fizyką i informatyką, ale nie byłem pewny, co chcę robić w swoim życiu zawodowym, więc wybór dziedziny był bardzo trudny. Studia Matematyczno-Przyrodnicze dały szansę odsunąć ten wybór w czasie. Na pierwszym roku realizowałem przedmioty matematyczne i informatyczne. Fizykę też bardzo lubiłem, ale przedmioty z fizyki trudniej było dodać do harmonogramu (np. długie pracownie), więc na pierwszym roku żadnego takiego przedmiotu nie zrealizowałem, a potem już wciągnęła mnie dosyć mocno informatyka.W trakcie moich studiów Wydział Fizyki i Matematyki podzielił się na dwa – na studiach doktoranckich wybrałem się już na nowy Wydział Matematyki i Informatyki. W tamtym czasie na dawnym Wydziale Fizyki i Matematyki nie było jeszcze informatyki analitycznej (theoretical computer science) ani stosowanej.

Dlaczego Pan wybrał podejście teoretyczne, a nie np. praktyczne? Co sprawiło, że to było ciekawsze?

Od podstawówki, a szczególnie w liceum, interesowało mnie programowanie. W dużej mierze wynikało to z moich startów w olimpiadzie informatycznej, gdzie mocno promowane były algorytmy i problemy matematyczne. Bardzo podobała mi się formuła: zadanie matematyczne, które trzeba rozwiązać w sposób algorytmiczny.

Problemy algorytmiczne są potrzebne także w zastosowaniach, ale jednocześnie zawierają silny element matematyczny. A ponieważ zawsze interesowały mnie zarówno matematyka, jak i informatyka, przejście w stronę algorytmiki, tej bardziej teoretycznej, było dla mnie naturalne.

Oczywiście zastosowania praktyczne też są ciekawe. To między innymi sprawiło, że po doktoracie nie zostałem dalej na uczelni, tylko przeszedłem do firmy. Było dla mnie również ważne, żeby robić coś, co można zobaczyć, wykorzystać w praktyce. Teraz rozumiem, że informatyka jako nauka się bardzo rozwija – na świecie i na Wydziale – i wobec tego wiele różnych specjalności zaczęło się pojawiać. Wtedy jednak kierunek był tylko jeden.

Z Pana perspektywy, jak cała branża, cała dyscyplina się zmieniła?
Pogłębmy ten temat.

Pamiętam, jak zaczynałem programować w podstawówce. W Polsce odbierane było to wtedy raczej jako zabawa – były gry, proste programy – ale niewiele osób przewidywało, jak intensywnie ta branża zacznie się rozwijać. Oczywiście na Zachodzie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, proces ten zaczął się wcześniej. Istniały już wtedy wielkie firmy z Doliny Krzemowej, jak Microsoft czy Apple, ale w Polsce tego jeszcze nie było widać.

Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęła się pojawiać informatyka, algorytmy, ale dużych firm u nas wtedy jeszcze nie było. Potem pojawił się Prokom – firma, która sponsorowała olimpiadę informatyczną. Mimo to ofert pracy dla programistów wciąż było bardzo mało.

Dopiero w latach dwutysięcznych zaczęło się to popularyzować. Google postanowił się rozszerzyć na Polskę w latach 2006-2007. To jest czas, kiedy rozpoczął się wielki boom technologiczny – Apple zaczął się mocno rozwijać, Microsoft już wtedy dominował, ale pojawił się też Facebook. Wszystkie te firmy zaczęły zatrudniać dziesiątki tysięcy programistów. Wydaje mi się, że w tym czasie informatyka przeszła drogę od dziedziny, którą zajmowała się wąska grupa programistów, do obecnej sytuacji, w której wielu studentów kształci się w tym kierunku – zarówno na Uniwersytecie, jak i na uczelniach na całym świecie. Firmy technologiczne zaczęły zajmować coraz większą część naszego życia – cyfrowa rzeczywistość, cyfrowe życie. Ogromny boom przyniosły też wyszukiwarki internetowe. To wszystko sprawiło, że w tym segmencie rynku pojawiło się coraz więcej pieniędzy, miejsc pracy i możliwości rozwoju. Można więc powiedzieć, że informatyka przeszła ogromną zmianę – z jednej z wielu ścieżek obok fizyki czy matematyki stała się dziś ogromną dziedziną.

Jakie są Pana najlepsze wspomnienia z czasu studiów?

Moje wspomnienia wiążą się przede wszystkim ze Studiami Matematyczno-Przyrodniczymi. Ponieważ były międzywydziałowe, dały mi okazję poznać osoby z wielu różnych kierunków. Możliwość wyboru wykładów sprawiała, że spotykałem na zajęciach znajomych z liceum, a także studentów matematyki, fizyki czy informatyki. Niektóre przedmioty matematyczne wybierałem na kierunku fizyka, więc tam również poznawałem nowych ludzi. Oprócz tego była jeszcze grupka studentów SMP, która spotykała się na seminariach – niektórzy z nich studiowali chemię, biologię lub inne kierunki. Można było mieć dużo takich kontaktów.

Pamiętam też seminarium SMP, które odbywało się w dużej sali przy ul. Reymonta. Organizował je profesor Szwed. To były spotkania, na których studenci prezentowali swoje prace i mogli opowiedzieć, czym się zajmują. Była to jedna z nielicznych okazji, żeby całe środowisko SMP spotkało się w jednym miejscu – można było posłuchać, co dzieje się na innych kierunkach i wydziałach. Te seminaria dobrze zapamiętałem, bo tworzyły pewne poczucie wspólnoty między studentami, mimo że każdy studiował gdzie indziej. Z drugiej strony, spotykaliśmy się razem właściwie tylko na tych seminariach. Myślę, że przez to więzi między studentami SMP nie były aż tak silne, jak między studentami na kierunkach wiodących, gdzie grupy przez lata mają wspólne zajęcia. Sam z czasem stałem się już typowym studentem informatyki i naturalnie bliżej związałem się ze studentami tego kierunku.

Wspomniałem już o elastyczności programu. Trzeba było poświęcić sporo czasu na ułożenie planu zajęć. Istniały już pierwsze systemy informatyczne, ale wiele rzeczy trzeba było ustalać samodzielnie – osobno wybierać przedmioty w Instytucie Informatyki, a inaczej zapisywać się na zajęcia z matematyki. Wszystko trzeba było złożyć w całość. Od drugiego roku pracowałem już jako programista, więc musiałem to wszystko dobrze ze sobą pogodzić. To też ważne wspomnienie – elastyczność, ale wymagająca dobrej organizacji i zgrania wielu obowiązków.

Uważam, że czas studiów to w ogóle świetny okres. To też jeden z plusów studiów doktoranckich – w pewnym sensie przedłużają ten „czas studencki”. Moje studia magisterskie trwały cztery lata – udało mi się tak ułożyć plan, żeby wcześniej zrealizować zajęcia z piątego roku. Dzięki temu skończyłem studia szybciej i poznałem też osoby z roku wyżej. Taka elastyczność bardzo mi odpowiadała – choć pewnie nie każdy czułby się w tym dobrze.

Studia doktoranckie były naturalną kontynuacją tamtego okresu, ale teraz, gdy już pracuję zawodowo, to wygląda zupełnie inaczej – to po prostu inna kategoria doświadczeń.

Czy Pana wykształcenie akademickie, doktorat przydały się później w pracy?

Raczej tak. Niedawno miałem spotkanie na Wydziale Matematyki i Informatyki przy okazji ewaluacji kierunku informatyka analityczna. Pojawił się tam ciekawy wątek: to wcale nie jest nic nowego, że informatyka i technologie intensywnie się rozwijają. Obecnie mówi się o sztucznej inteligencji, a wcześniej o obliczeniach na dużą skalę czy samym internecie. To są skomplikowane zagadnienia, w których potrzebna jest wiedza matematyczna – algorytmy, przetwarzanie ogromnych ilości danych, skalowalność. Aby wspierać rozwój takich kierunków, bardzo przydaje się wykształcenie informatyczne, teoretyczne, matematyczne. Studia i doktorat dały mi umiejętność analizy tego bardzo złożonego środowiska.

Rozwój technologii to ogromna liczba współdziałających komponentów. Na przykład chmura publiczna, oferowana dziś przez wiele firm – pod spodem działają systemy rozproszone na dziesiątkach tysięcy maszyn. Żeby to w miarę dobrze rozumieć i umieć się w tym świecie poruszać, doktorat bardzo mi się przydał.

Same tematy, którymi zajmowałem się w trakcie doktoratu, nie mają bezpośredniego zastosowania w mojej obecnej pracy, ale to dość typowe. Naukowcy często podejmują się zagadnień, które nie mają jeszcze praktycznego wykorzystania – stanowią raczej inwestycję w przyszłość. Szczególnie dobrze widać to w matematyce – jak mówił m.in. mój promotor, prof. Idziak – często w nauce bada się coś, o czym jeszcze nie wiadomo, czy będzie mieć zastosowanie.

Bardzo często nowe teorie matematyczne służą fizyce, a teorie informatyczne i inne badania teoretyczne przyczyniają się do rozwoju technologii w przemyśle. O ile moja wiedza jest prawidłowa, podobnie stało się z ostatnimi zdobyczami w dziedzinie sztucznej inteligencji – wiele z nich wyrosło z badań, które przez lata nie były traktowane jako coś bieżącego, a dziś mają ogromne znaczenie.

W moim przypadku była to analiza złożoności, która sama w sobie nie jest tym, czym zajmuję się obecnie w firmie, ale stanowiła solidny fundament do rozumienia i interpretowania złożonych systemów.

Przybliży Pan, czym się Pan zajmuje teraz, w ostatnich latach?

Oczywiście. Jestem menedżerem inżynierów oprogramowania – po angielsku Software Engineering Manager. Pracuję w biurze Google’a w Krakowie, w części firmy zajmującej się systemem Android.

Obecnie zajmujemy się aplikacją Google Messages – komunikatorem służącym do wysyłania wiadomości SMS oraz RCS. RCS to nowy standard komunikacji, następca SMS-ów. Naszym celem jest, by Google Messages stał się głównym komunikatorem mobilnym dla wszystkich użytkowników telefonów. SMS-y wciąż są podstawowym, najbardziej uniwersalnym sposobem komunikacji. Istnieje wiele aplikacji do rozmów, ale jeśli chodzi o możliwość kontaktu każdego z każdym, SMS pozostaje minimalnym wspólnym standardem obsługiwanym przez wszystkie telefony. RCS ma ten standard rozwinąć – oferuje przesyłanie zdjęć, multimediów, reakcji i innych elementów znanych z nowoczesnych komunikatorów. Okazuje się, że to dość duże i złożone zadanie, którym w Krakowie zajmuje się kilka zespołów pod moim kierownictwem.

Jak rozszyfrować skrót RCS?

To się nazywa Rich Communication Services – „bogate usługi komunikacyjne”. Dla porównania: SMS to Short Message Service – „krótka usługa wiadomości”. RCS jest więc jego rozwinięciem – komunikacja jest tu bardziej rozbudowana: można wysyłać zdjęcia, filmy, reakcje, widać potwierdzenia dostarczenia wiadomości i wskaźnik, że ktoś właśnie pisze. Wszystkie te funkcje, które znamy z popularnych komunikatorów internetowych, są przeniesione do standardu obsługiwanego przez operatorów komórkowych. Dzięki temu RCS ma szansę stać się uniwersalnym rozwiązaniem, dostępnym u operatorów na całym świecie.

Czyli coś w rodzaju połączenia tradycyjnej, systemowej aplikacji do SMS-ów z komunikatorami internetowymi, jak Messenger czy Telegram?

Można tak na to spojrzeć. Różnica jest taka, że RCS działa już w oparciu o protokół internetowy, podczas gdy SMS bazował na starym protokole telekomunikacyjnym, sprzed czasów powszechnego internetu. Można więc powiedzieć, że RCS to po prostu następna generacja, naturalny następca SMS-ów.

Rozumiem. Chciałabym tylko lepiej zrozumieć, dlaczego to miałoby być lepsze od zwykłych komunikatorów?

To już trochę kwestia strategii produktowej. Google zdecydowało się wspierać standard RCS, bo ma on szansę być bardziej zaufanym kanałem komunikacji. SMS-y są dziś powszechnie wykorzystywane do przesyłania powiadomień – od banków, firm czy instytucji państwowych. RCS, jako rozwiązanie oferowane przez operatorów komórkowych, ma szansę być bardziej popularny, bo jest dostępny na każdym telefonie – nie trzeba niczego dodatkowo instalować. Ten standard wspiera teraz także Apple, więc można wysyłać wiadomości pomiędzy użytkownikami różnych systemów operacyjnych. Wierzymy, że RCS ma szansę stać się najbardziej uniwersalnym i zaufanym sposobem komunikacji, dostępnym dla wszystkich.

Od jak dawna zajmuje się Pan tym projektem?

W tym projekcie w Krakowie pracuję od roku. Wcześniej przez kilkanaście lat byłem związany z Google’em – zatrudniłem się w firmie w 2008 roku. Zdecydowaną większość tego czasu spędziłem w obszarze infrastruktury: najpierw w wewnętrznej chmurze Google’a, a później w Google Cloud, czyli chmurze publicznej. Zajmowałem się zarządzaniem zasobami i ich optymalizacją, między innymi automatycznym skalowaniem (auto-scalingiem). Do 2015 roku pracowałem w Krakowie, potem prawie dziesięć lat w Warszawie, a od roku znów mieszkam w swoim rodzinnym mieście. I właśnie tutaj zajmuję się obecnie rozwojem komunikatora Google Messages.

Dlaczego wybrał Pan Google i dalej w nim pracuje?

Wybrałem tę firmę głównie dlatego, że dwadzieścia lat temu w Polsce nie było jeszcze zbyt wielu możliwości zatrudnienia jako programista. Na świecie branża zaczynała się już dynamicznie rozwijać, ale wyjazd za granicę nie jest prosty. Sam to rozważałem, jednak gdy w trakcie moich studiów doktoranckich pojawiło się w Krakowie biuro Google’a, uznałem, że to świetna i bardzo atrakcyjna okazja. Spróbowałem – i udało mi się tam dostać.

Wtedy to była bardzo młoda firma – miała mniej niż dziesięć lat. Dzisiaj wciąż jest to stosunkowo młoda firma technologiczna, młodsza niż Microsoft czy Apple. I wciąż robi ciekawe rzeczy – dlatego zostałem. Póki co udaje się jej cały czas rozwijać i wprowadzać coś nowego. Zaczęła od internetu i wyszukiwarki, potem z sukcesem weszła w usługi mobilne a obecnie rozwija chmurę i sztuczną inteligencję.

To jedna z największych firm na świecie, o bardzo silnej pozycji rynkowej, a przy tym działa także w Polsce. Nigdy specjalnie nie chciałem wyjeżdżać z kraju, więc to również był dla mnie argument. Poza tym jest to rzeczywiście bardzo fajne miejsce pracy – oczywiście inne niż siedemnaście lat temu, bo firma urosła kilkunastokrotnie, ale wciąż pracuje się tam bardzo dobrze. Są tam świetni ludzie, więc nie widziałem powodu, by coś zmieniać. Żaden z elementów nie byłby znacząco lepszy w innej firmie.

Czy ma Pan jakieś rady dla studentów, którzy dopiero zaczynają studiować informatykę albo pracować w tej branży?

Wybrałem informatykę teoretyczną, bo zawsze lubiłem matematykę – to był dla mnie naturalny kierunek. Jeśli ktoś ma podobne zainteresowania, to na pewno warto zgłębić matematyczne podstawy informatyki. To daje coś w rodzaju „mięśnia umysłowego”, który pozwala szybciej adaptować się do nowych rzeczy. Moim zdaniem dobrze jest uczyć się podstaw i teorii, bo to właśnie one pozwalają później łatwiej opanowywać nowe, praktyczne technologie.

Przez te kilkanaście lat w branży pojawiło się mnóstwo nowych języków programowania, systemów mobilnych, serwisów czy narzędzi, ale ich podstawy teoretyczne pozostają bardzo podobne. Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądało następne kilkanaście lat w tej branży. Cały trend będzie się dużo zmieniał, ale i tak obstawiałbym, że studiowanie informatyki teoretycznej będzie dawać dobrą pozycję do pracy w wielu firmach.

Warto też dbać o język angielski – to bardzo pomaga w każdej karierze, nie tylko w informatyce, ale też w nauce.

Bardzo ważnym elementem w pracy są umiejętności miękkie (soft skills). Ja też musiałem się ich nauczyć – rozwijałem umiejętność pracy z ludźmi, komunikowania się, współpracy. Na studiach, przynajmniej z tego, co pamiętam, nie było przedmiotów, które by tego uczyły. Tego typu rzeczy można jednak rozwijać, działając w organizacjach studenckich czy kołach naukowych – coś zorganizować, wziąć odpowiedzialność, mieć kontakt z ludźmi.

Polecam uczyć się również innych rzeczy niż tylko algorytmy, bo później to wszystko okazuje się niezwykle potrzebne, szczególnie w dużych firmach technologicznych. To jest gra zespołowa. Na studiach często pracuje się samodzielnie, czasem w małych grupach, podobnie w nauce – w niewielkich zespołach badawczych. Przy przejściu do biznesu zaczyna się praca w coraz większych grupach.

Wydaje mi się, że firmy, które osiągają największy sukces, to te, w których liderzy potrafią ukierunkować dziesiątki tysięcy osób na jeden cel. To jest zupełnie inne zadanie. Wraz z rozwojem kariery człowiek zaczyna od kierowania pracą kilku osób, potem kilkudziesięciu, a później kilkuset – tak, żeby realizować wspólny cel, a jednocześnie żeby wszystkim dobrze się pracowało.

Dlatego umiejętności pozatechniczne są naprawdę bardzo ważne. Warto szukać okazji, żeby je rozwijać, podejmować praktyki, które pozwalają poznać firmę i ludzi. Tak bym to podsumował.

Jakie cechy powinna posiadać osoba na Pana stanowisku?

To, o czym mówiłem, to jedna z możliwych ścieżek kariery. W naszej firmie wyróżnia się dwie główne drogi: ścieżkę indywidualnego kontrybutora (individual contributor) oraz ścieżkę menedżerską.

Pierwsza z nich to rola podobna do pracownika badawczego, który po prostu wykonuje swoją pracę – programuje, projektuje, rozwiązuje coraz trudniejsze problemy – ale nie zarządza ludźmi. Na dalszym etapie takie osoby często kierują czymś większym od strony technicznej – odpowiadają np. za ważny serwis lub obszar, ale nadal jest to głównie praca techniczna.

Żeby osiągnąć sukces na takiej pozycji, umiejętność pracy z ludźmi również się przydaje. Lider techniczny często mentoruje inne osoby, które uczą się od niego od strony technicznej. Można to porównać do profesora, który prowadzi doktorantów: nie każdy zostaje profesorem, ale wielu przekazuje wiedzę kolejnym osobom, dzięki czemu zespół może rozwiązywać coraz bardziej złożone problemy.

Druga ścieżka kariery jest bardziej zarządcza. Często osoby przechodzą na nią z tej pierwszej. Ktoś musi zarządzać ludźmi i organizacjami, tak by poruszały się w jednym kierunku. Na tej ścieżce trzeba zajmować się też sprawami pozatechnicznymi – np. organizować procesy oceniania pracowników, m.in. po to, żeby doceniać tych, którzy robią więcej. To jest dobre dla firmy. Ktoś musi też planować działania z wyprzedzeniem, wybierać, co należy robić, i na tej podstawie podejmować decyzje.

Nie wiem, czy to najlepszy opis menedżera, ale ostatecznie sprowadza się to do zarządzania coraz większą organizacją. W miarę rozwoju kariery obejmuje się odpowiedzialność za coraz liczniejsze zespoły, które wspólnie realizują określony cel.

Oczywiście zawęziłem to do programistów i liderów technicznych, ale w świecie technologii jest wiele innych ról. Potrzebni są product managerowie, user experience designerzy, osoby zajmujące się zarządzaniem programami (program management) i wielu innych specjalistów, którzy razem tworzą firmę. Oprócz tego są działy prawne, sprzedażowe i HR – wszystko to funkcjonuje równolegle. W rzeczywistości w branży technologicznej pracuje wiele osób, które nie są programistami. Łatwo o tym zapomnieć, bo większość rozmów o IT toczy się właśnie z programistami.

Pan wcześniej wspominał, że dobrze, gdy osoba na stanowisku kierowniczym zna się na temacie. Czy Pana zdaniem HR także powinien znać się na kwestiach technicznych, czy niekoniecznie?

Zacznę od rozwinięcia tego pierwszego wątku. Tak jak mówiłem o tych dwóch ścieżkach – indywidualnej i menedżerskiej – to przynajmniej w Google, ale myślę, że też w wielu innych firmach technologicznych, bardzo dobrze działa to, że menedżer ma dużą wiedzę techniczną. Często przechodzi z tej pierwszej, typowo indywidualnej ścieżki na menedżerską.

To bardzo pożyteczne, gdy menedżer rozumie wszystkie tematy – może nie jest już aż tak głęboko zaznajomiony, nie programuje ani nie projektuje na co dzień, ale mimo to ta wiedza techniczna bardzo się przydaje. Dzięki niej, planując lub oceniając projekty, potrafi trafnie zrozumieć kontekst. Wydaje mi się, że wręcz nie działa to dobrze z praktycznego punktu widzenia, gdy zespołem programistów zarządza ktoś, kto nie wie, jak programować – to po prostu nie byłoby efektywne.

Jeśli chodzi o HR, sytuacja wygląda nieco podobnie, ale w dużo mniejszym stopniu. Przydaje się zrozumienie, czym zajmują się pracownicy IT i jakimi zadaniami się zajmują. Przydaje się także znajomość rynku technologicznego, bo on ma swoją specyfikę, a także zrozumienie, że psychologia osób pracujących w tej branży może być trochę inna niż np. w sprzedaży. Taka wiedza o ludziach jest bardzo pomocna, ale wykształcenie techniczne nie jest tam konieczne.

Jak Pan ocenia współpracę Uniwersytetu z absolwentami?

Nie widziałem zbyt wielu takich inicjatyw – choć możliwe, że po prostu nie miałem z nimi kontaktu. Myślę, że byłem też bardziej związany z Wydziałem Matematyki i Informatyki, bo tam robiłem doktorat. Przez kilka lat po studiach jeszcze się tam pojawiałem, więc pewnie dlatego miałem trochę kontaktu z uczelnią.

Nie przypominam sobie jednak jakiegoś stałego punktu styku między uczelnią a absolwentami. Jednym z nielicznych przykładów były projekty doktoranckie realizowane wspólnie z biznesem – takie inicjatywy dawałyby naturalną przestrzeń do współpracy z absolwentami, którzy już pracują w firmach. Poza tym jednak, np. w przypadku Google’a, nie było wspólnych projektów z wydziałem, więc ten kontakt był raczej ograniczony. Myślę, że mógłby być większy. Jeszcze w pierwszych latach mojej pracy w Google’u zorganizowałem takie seminarium, na które zaprosiłem osoby z firmy, żeby opowiedziały o technologiach, nad którymi pracujemy. To były fajne spotkania, ale raczej pojedyncze inicjatywy – później ta współpraca już się nie rozwinęła.

Obecnie w Google w Krakowie zajmuję się m.in. rozwojem biura i kontaktami z otoczeniem, na przykład uniwersytetami. Aktywnie organizujemy sesje o tym, czym Google się zajmuje. Jestem otwarty na nowe pomysły i formy współpracy.

 

Rozmawiała: Anastasiya Yushchuk