Dr hab. Grzegorz Micek od początku wiedział, że chce studiować geografię, ale równie mocno fascynowały go matematyka i metody statystyczne.
Studiował geografię w ramach Studiów Matematyczno-Przyrodniczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi badania z zakresu geografii społeczno-ekonomicznej i współpracuje z międzynarodowymi zespołami naukowymi.
Dzięki Studiom Matematyczno-Przyrodniczym otworzył się na różne dyscypliny i nauczył odważnie uczestniczyć w naukowej dyskusji.
Z czego wynikał wybór geografii i ochrony środowiska?
Geografią interesowałem się od początku – brałem udział w olimpiadzie geograficznej, więc wybór był dość naturalny. Nie było mi jednak nigdy daleko do metod ilościowych, matematycznych czy statystycznych, które wykorzystywałem już od początku studiów, a później w badaniach. Z czasem włączyłem się w ochronę środowiska – interesowałem się środowiskiem naturalnym, a geografia przecież też je bada. Były tam kursy z ekologii populacyjnej z demografią, które rozszerzały to, co miałem na geografii. Poza tym zawsze interesowała mnie praca w terenie – za miesiąc prowadzę ćwiczenia terenowe ze studentami. Ja to po prostu uwielbiam. Jestem w żywym laboratorium, nie na sali wykładowej. Na to właśnie pozwalają studia w środowisku przyrodniczym.
Studiował Pan w ramach Studiów-Matematyczno-Przyrodniczych (SMP). Czy ten tryb rzeczywiście ułatwiał dobór przedmiotów zgodnie z zainteresowaniami?
Zdecydowanie tak. Myślę, że jakbym studiował samą geografię w tamtych czasach, byłoby mi bardzo ciężko. Wybieranie kursów z innych kierunków było już wtedy możliwe, ale bardzo rzadko praktykowane. SMP rzeczywiście pomogły uzupełnić wiedzę o zagadnienia dodatkowe. Na początku planowałem zająć się demografią, ale z czasem moje zainteresowania poszły w stronę przedsiębiorstw, czyli tematów ekonomicznych. Aparat matematyczny, który opanowałem na studiach, pomógł mi nie bać się różnych modeli, które wykorzystuję w badaniach. Metody statystyczne stały się dla mnie czymś naturalnym, może nie zawsze łatwym, ale z pewnością bardziej przystępnym niż dla niektórych moich kolegów.
Czym zajmuje się Pan obecnie? Może Pan przybliżyć swoją pracę?
W ciągu ostatnich 20 lat zajmowałem się bardzo różnymi zagadnieniami. Skupiałem się na przedsiębiorstwach z obszaru nowych technologii i branży biotechnologicznej – od początku studiów zajmowałem się sektorem usług nowoczesnych. W pracy magisterskiej skupiłem się na takich usługach – konsultingu, produkcji oprogramowania itd. Pracę zaliczeniową (wtedy nie było prazy licencjackiej) poświęciłem zagadnieniu powstania nowych województw w Polsce oraz analizie poziomu rozwoju infrastruktury społecznej w polskich miastach i województwach. Już w tej pracy zastosowałem bardziej zaawansowane metody statystyczne.
Teraz zająłem się przestrzeniami coworkingowymi wykorzystywanymi przez firmy oraz freelancerów. To miejsca, przeznaczone do pracy wspólnej, gdzie często rodzą się bardzo innowacyjne pomysły na prowadzenie działalności gospodarczej. Wcześniej zajmowałem się również produkcją oprogramowania, centrami rozwoju IT w Polsce, sektorem biotechnologicznym. Miałem nawet epizod związany z analizą dużych farm trzody chlewnej w Polsce – zwłaszcza inwestycji zagranicznych. Zakład Rozwoju Regionalnego, w którym pracuję, bada przedsiębiorstwa głównie zagraniczne, przeważnie duże, ale działające w różnych branżach. Jest on znany na świecie głównie z badań sektora samochodowego.
Skoro tyle międzynarodowych tematów, dlaczego został Pan akurat w Krakowie, na UJ?
To jest dobre pytanie, bo wielu kolegów i koleżanek – zwłaszcza ze Studiów Matematyczno-Przyrodniczych – rzeczywiście wyjechało za granicę i prowadzi tam swoje kariery naukowe. Mój rozwój był bardzo stopniowy. Zajmowałem się zagranicznymi korporacjami, ale na początku moje publikacje były skierowane na rynek krajowy i dopiero z czasem stały się międzynarodowymi, kiedy zbudowałem sobie pozycję tutaj, w Krakowie. A tak naprawdę – i od tego powinniśmy zacząć! – uważam, że Kraków jest doskonałym miejscem do prowadzenia takich badań. Mieliśmy tutaj silny zespół z profesorem Domańskim na czele, który od lat zajmował się (i nadal zajmuje) firmami zagranicznymi. To był bardzo mocny zespół w skali całego kraju. Już pod koniec lat 90. i w pierwszej dekadzie lat 2000. publikowaliśmy sporo artykułów na temat inwestycji zagranicznych w Polsce. Taki mieliśmy profil i dobrze się tu rozwijałem, więc nie jestem pewien, czy wyjazd byłby lepszym rozwiązaniem.
Moja kariera stopniowo się umiędzynarodowiała. Nie było tak, że od razu – jak niektórzy fizycy – wyjechałem na stałe. Studiowałem za granicą na Erasmusie na czwartym roku, byłem na Uniwersytecie w Utrechcie, gdzie poznałem geograficzne systemy informacji (GIS), które chciałem tutaj w Polsce wdrażać. Nie wykorzystuję ich tak, jakbym chciał, ale wszystko jeszcze przede mną.
Czy może Pan wyjaśnić, czym są geograficzne systemy informacji (GIS)?
GIS, czyli mapy komputerowe, mówiąc potocznie, są wykorzystywane do wykonywania zaawansowanych analiz geoprzestrzennych w badaniach przyrodniczych i społeczno-ekonomicznych. Analizy te umożliwiają, na przykład, ocenę, ile osób mieszka w zasięgu 5-, 10-, 15-minutowego (to jest teraz popularna granica – 15 minut) dojścia do przystanków komunikacji publicznej, szpitali czy posterunków policji. Pomagają również zidentyfikować obszary wykluczone komunikacyjnie, czyli takie, do których dostęp w określonym czasie jest utrudniony lub niemożliwy.
Najlepsze wspomnienie ze studiów?
Trudno wybrać jedno. Przewagą tych studiów nad innymi zawsze była różnorodność. Na pierwszym i drugim roku wspaniałe były zajęcia wspólne z osobami z innych kierunków wiodących, kiedy mogłem posłuchać nie tylko o geografii, której się zazwyczaj uczyłem, ale też o matematyce czy biologii, które były bardziej odległe. Te tematy były dla mnie nowe, ale byłem ciekawy i je chłonąłem. Fascynujące, że mogłem się dowiedzieć, czym tak naprawdę się ludzie zajmują. Jak to rozumiałem, to byłem szczęśliwy. Większość przypadków na tym poziomie jeszcze rozumiałem. To było świetne, że moi koledzy i koleżanki mogli podzielić się tym, co robią. Większość osób mówiła po prostu z fascynacją – jak ktoś mówi z fascynacją, to widać, że czuje ten temat, że go to rusza, że on chce się tym zajmować. Ja też podejmowałem ten wysiłek, żeby zrozumieć, o co im chodzi, i to było bardzo wciągające.
Wtedy jeszcze nie było koła studentów SMP, więc sporo rozmawialiśmy ze sobą przed zajęciami i po nich, przy angielskim czy przy filozofii... Egzamin z filozofii budził spory strach – był on bardzo trudny, zdawany zazwyczaj albo bardzo dobrze, albo bardzo źle. Pamiętam, jak czekaliśmy pod salą i pytaliśmy tych, którzy już wyszli: „Jaka ocena?” To były emocjonujące momenty. Filozofia była bardzo intrygującym i trudnym światem, bo to była dość zaawansowana filozofia przyrody z panem prof. Plackiem, którego też bardzo dobrze wspominam. Było widać, że on uwielbiał tę filozofię. Wyszliśmy raz do Parku Jordana z Reymonta (na Reymonta 4 wtedy był Instytut Fizyki) na zajęcia z filozofii. Słońce świeciło, ludzie się nie za bardzo chcieli skupić, ale on mówił ciekawie. Wspaniałe zajęcia w plenerze, wyszliśmy sobie i on opowiadał... Zajęcia z filozofii zawsze były intrygujące – co nowego będzie w tym tygodniu? Mieliśmy głęboką, mocną filozofię na wysokim poziomie europejskim. Pod tym względem to mieliśmy świetnie.
Co by mógł Pan polecić studentom, którzy dopiero wkraczają w świat nauki? Na czym powinni się skupić, na co nie powinni zwracać uwagi?
O, mam wiele rad. Po pierwsze: nie bać się mówić, nie bać się prezentować swoich badań czy swoich przemyśleń. Temu właśnie sprzyja seminarium SMP. Ono mnie trochę otworzyło. W Instytucie też mieliśmy zajęcia, podczas których się prezentowało swoje wyniki badań. Ale tego nigdy za wiele. SMP nauczyły mnie sztuki prezentacji danych. Myślę, że to były pierwsze prezentacje, na których prezentowałem swoje wyniki badań. To były już wyniki nie jakichś przemyśleń, tylko solidnych analiz statystycznych. To mi dało SMP w największym stopniu.
Druga rzecz, która jest kluczowa – nie bać się dyskutować, nie bać się zadawać pytań o to, co ktoś powiedział. Pytania czasem nie muszą być bardzo mądre, ale one rozwijają nas i tę osobę, która coś zaprezentowała.
No i trzecia rzecz, której uczą Studia Matematyczno-Przyrodnicze, to nie bać się tematów, które pozornie wydają się być zupełnie z innej dziedziny. Nie bać się takich tematów, bo mogą być inspiracją do tego, żeby coś swojego zrobić. Ja, na przykład, zaczynam się zajmować ewolucyjną geografią ekonomiczną. Tam jest teoria ewolucji, dlatego muszę zgłębić tę teorię od strony biologicznej – nie mam tutaj zahamowań, że zajmuję się czymś, co może nie ciekawi mnie wprost. Nie mam zahamowań, żeby się tym zająć. Myślę, że to Studia Matematyczno-Przyrodnicze mi to umożliwiły.
Nauczyły mnie one również otwartości na różne tematy i mobilności. Już po czwartym roku pojechałem za granicę. Generalnie geografowie też się tego nie boją – mają w swojej naturze, że lubią jeździć, ale SMP mnie przygotowały do tego, żeby pracować w większym zespole międzynarodowym. Teraz skończyliśmy projekt w takim zespole – ponad setka naukowców pochodzących z ponad 25 krajów. Tu widać efekty – na półce stoi czerwona książka, której jestem współredaktorem. To było niesamowicie ciekawe, bo byli matematycy, ekonomiści, socjologowie, architekci, nawet humaniści z różnych dziedzin – bardzo różni ludzie. Stworzyliśmy zespół, który próbował wyjaśnić, dlaczego przestrzenie coworkingowe pojawiają się w obszarach peryferyjnych, poza dużymi miastami. To wszystko zależy od kontekstu: przestrzennego, charakterystycznego dla danego kraju, a także ekonomicznego, kulturowego i związanego z hierarchią osadniczą. Bardzo wiele czynników analizowaliśmy i powstała publikacja, która jest tutaj na półce.
Studia Matematyczno-Przyrodnicze stworzyły podstawę do tego, żeby być otwartym na ludzi. Przez ostatnie dwadzieścia kilka lat pracy rozmawiałem z kilkuset osobami, głównie menedżerami przedsiębiorstw, ale nie tylko – też z osobami pracującymi w urzędach różnych szczebli administracji publicznej, prowadząc różne badania i starając się być na nie otwartym, starając się z nimi dogadać, zrozumieć, co oni do mnie mówią. A to byli często programiści, osoby zajmujące się budową systemów informatycznych, analitycy danych. Niektórzy pracowali na kilku kontynentach. Niesamowite doświadczenie się w tym nabywa wtedy. Kolejna książka na górze – to też to, co mi Studia Matematyczno-Przyrodnicze umożliwiły, bo nie boję się wykorzystywać zarówno informacji uzyskanych w wywiadach bezpośrednich, jak i ze statystyki publicznej. W tej książce przeanalizowaliśmy statystykę publiczną, budując też własne bazy danych przedsiębiorstw, ponieważ niektóre polskie bazy danych, jak na przykład REGON, są dość ułomne. Zbudowaliśmy własne bazy danych w trzech branżach przemysłu: sektorze samochodowym, AGD (artykułów gospodarstwa domowego) i lotniczym. Ja zajmowałem się bazą firm produkcyjnych z sektora lotniczego.
Na ich podstawie analizowaliśmy pozycję Polski w tych branżach na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. To zostało zrealizowane w dużym zespole zakładowym – też należy to podkreślić.
Jeszcze jedna rzecz – otwartość na przedstawicieli innych dyscyplin. Moja ścieżka kompletnie nie jest typowa, dlatego, że tak naprawdę jestem dziś przedstawicielem nauk społecznych – wykorzystującym co prawda niektóre metody statystyczne, ale jednak. Wyszedłem z nauk przyrodniczych i ścisłych, przeszedłem w stronę geografii społeczno-ekonomicznej. W czym się ta moja otwartość przejawia? Byłem proszony do różnych gremiów, żeby oceniać i recenzować projekty naukowe. Narodowe Centrum Nauki mnie poprosiło, żebym kierował jednym panelem eksperckim. Byli tam przedstawiciele różnych nauk społecznych – ja byłem przerażony! Ale pomogło mi doświadczenie, zdobyte przez pierwsze trzy lata SMP, gdzie miałem wokół matematyków, fizyków, chemików, biologów, osoby z ochrony środowiska, biotechnologia już wtedy się rodziła... Słuchałem tych różnych głosów, napełniałem się tym. To mi pozwoliło łatwiej dyskutować czy prowadzić ocenę w naukach prawnych, w socjologii, w psychologii, w naukach o polityce. Myślę, że otwartość jest tu dobrym słowem, a jej podstawy były już u początków Studiów Matematyczno-Przyrodniczych.
Ważna jest też kwestia operowania aparatem statystycznym, bo dużo osób po prostu się go boi. Czasem brakuje podstaw, to inna rzecz, ale nawet ci, którzy coś już potrafią, często mają opory. Ja się nie boję, bo cały czas gdzieś wykorzystuję różne metody statystyczne. Na rynku naukowym pojawiają się nowe metody – nie mam oporów przed poznawaniem ich. Od dłuższego czasu stosuje się już analizę sieci społecznych (social network analysis). Dla mnie nie było problemem zainstalować sobie oprogramowanie do analizy sieci społecznych, przeprowadzić analizę. Teraz myślę, że jakbym studiował tylko geografię, miałbym wewnętrzny hamulec wobec metod statystycznych.
U nas na geografii podejście relacyjne – szukanie powiązań – zawsze było obecne zarówno w tym, czego mnie uczono, jak i w tym, czego później sam uczyłem. Natomiast model rozumowania i wnioskowania zaczerpnięty z nauk przyrodniczych nadal we mnie pozostał. Zawsze próbuję wyjaśniać różne mechanizmy, różne procesy. Tak naprawdę zajmuję się wyjaśnianiem mechanizmów i procesów społeczno-ekonomicznych – głównie ekonomicznych – zachodzących w określonej przestrzeni geograficznej. Sporo też mieliśmy prac obliczeniowych. Zwłaszcza w fazie początkowej – przed doktoratem i po doktoracie – w zakładzie mieliśmy sporo badań, które bazowały na jakichś rachunkach. Koledzy liczyli, na przykład, efekty mnożnikowe funkcjonowania dużych centrów tzw. nowoczesnych usług biznesowych (BPO/SSC) w Krakowie. Liczyliśmy potem te efekty razem, i dla mnie to było dużo łatwiejsze – ja się nie bałem po prostu tych liczb. Od dziecka żonglowałem różnymi liczbami i to mi pozostało właściwie do końca – potem płynnie przeszedłem z tym na studia. Cały czas to zainteresowanie liczbami, te zabawy z liczbami (no, poważniejsze zabawy, analizy) są obecne w mojej pracy naukowej.
Jak Pan postrzega współpracę Uniwersytetu z absolwentami?
Powiem tak. Jest trochę wyrazów tej współpracy Uniwersytetu z absolwentami, bo na przykład my piszemy wspólnie artykuły naukowe. Myślę, że jest jeszcze spore pole do działania, jeśli chodzi o współpracę z absolwentami w zakresie budowania długotrwałych kontaktów przez osoby, które były liderami opinii, liderami myśli, czasem starostami na poszczególnych latach, prezesami kół i tak dalej. To przez nich powinny iść takie kontakty. Trzeba docierać do absolwentów jeszcze bardziej, bo jest wiele naprawdę ciekawych osób, które kończyły nasze kierunki – SMP i różne nasze kierunki wiodące, które zrobiły oszałamiające kariery w biznesie, ale nie tylko.
Teraz od kilku miesięcy współpracuję z absolwentem, moim starszym kolegą, który kończył akurat geografię, profesorem Wójcikiem. Zrobił doktorat na Uniwersytecie w Oxfordzie, teraz pracuje w National University of Singapore. Wydał Atlas finansów (Atlas of Finance), który jest bestsellerem globalnym w ekonomii. Generalnie Darek jest jednym z głównych myślicieli w geografii finansów (top thinkers in geography of finance). I on też kończył naszą uczelnię. Zacząłem z nim współpracę, pisany jest też doktorat na temat geografii fintechu w Polsce, bo tu taką lukę znaleźliśmy...
Powoli się ta współpraca zaczyna. Oczywiście wcześniej też miałem kilka takich przykładów współpracy, ale wydaje mi się, że Uniwersytet instytucjonalnie ma tu trochę do zrobienia.